piątek, 15 stycznia 2010
A oto najsmaczniejsze absurdy rynku sztuki: 1. Pozwolenie wywozu za granicę za 25% wartości. Wiele już napisano na ten temat, ale jest to odwieczny abdurd naszego podwórka. Polecam artykuł o doniczce z marketu Obi, którą na granicy podejrzewano o bycie wazą . W skrócie - wywieźć można prawie wszystko co jest starsze niż 55 lat , jak zapłaci się myto w wys. 25% wartości. Ten haracz - uwaga ! - to nie jest opłata na jakiś fundusz związany ze sztuką, kulturą itp - tylko wynika z ustawy o opłacie skarbowej - jest to właśnie opłata skarbowa. W tym momencie wszyscy ci, którzy popierają zakazy wywozu, krzycząc ochronie naszego dziedzictwa powinni się schować pod ziemię - bo wg wspomnianej regulacji większość naszego dziedzictwa można wywieźć legalne jak się odpowiednio zapłaci. Jak czytamy w artykule o doniczce, problem głównie ma Straż Graniczna - ponieważ jak może biedny pogranicznik rozróżnić coś wartościowego od malowanki amatora ? Nie może i nie powinien, bo nie do tego go szkolono. I nikt go nie będzie szkolił na rzeczoznawcę od dzieł sztuki. Na szczęście, od jakiegoś czasu jest projekt nowej ustawy, gdzie ten problem będzie częściowo uregulowany. Wywieźć będzie można wszystko, co ma wartość poniżej ustalonych kwot (np malarstwo olejne - 10 tyś euro), wartość będzie ustalana m.in na podstawie faktur. Na granicy wystarczy więc pokazać rachunek i droga wolna. 2. Aby przywieźć też trzeba zapłacić, czyli myto 7% To, że chronimy nasze dzieciztwo przed wywozem to pestka, ale to że sami chronimy się przed nadmiernym przywozem to jest dopiero coś!. Otóż jeżeli zakupimy obraz na aukcji w kraju spoza EU - czyli w odległych światowych prowincjach jak USA, Izrael czy w europejskiej ksenofobicznej enklawie jak Szwajcaria - musimy zapłacić Vat. O ile jest to obraz ręcznie malowany, to myto wyniesie jedynie 7% . A na dodatek mamy zapewnione atrakcje w urzędzie celnym, gdzie będziemy wypełniać fajne zielone papiery i spierać się z celnikami o wartość (bo wszak od wartości dzieła Skarb Państwa czardżuje). 3. Wywóz dzieł sztuki do UE Ten absurd jest również stary jak układ z Schengen. Otóż istnieje u nas prawo, że jak się przywiezie antyk z kraju EU to, można go w ciągu 3 lat wywieźć - nawet jakby to był Matejko, albo coś pokroju ołtarza Wita Stwosza. W sumie logiczne. Problem w tym ,że ten co pisał to prawo zapomniał dodać taki banalne szczegół jak udowodnić przejście granicy w dobie Schengen. Straż Graniczna , o ile jest w ogóle obecna na granicy, nie będzie dawać żadnych potwierdzeń (dzwoniłem, pytałem). Podobnie jest na lotnisku. Nie mówiąc o tym ,że jak się np kupuje obraz na aukcji na Zachodzie to wysyłają go pocztą kurierską, a na potwierdzeniu wysyłki piszą zwykle "przesyłka", "obraz" lub tym podobne, mało sprecyzowane określenia. I nikt nie wie, jak to właściwie udowodnić - nawet urzędnicy, od których zależy wydanie pozwolenia. W sumie się im nie dziwię, bo oni są niewolnikami wadliwie napisanej ustawy. Ponieważ mamy trochę takich przypadków, więc na szczęście jakoś udało nam się ustalić ścieżkę postępowania, dzięki woli współpracy z obu stron. Nie znaczy to jednak, że to co uda się w Warszawie, będzie zaakceptowane w innym mieście i innym urzędzie.
4. Muzealnik nie jest panem swojego umysłu Wrzawa, wrzawa, wrzawa. Od jakiegoś czasu dyrektorzy muzeum zakazują pracownikom kontaktów z domami aukcyjnymi. Ostatnio zdarzyło się to w Warszawie. Jako podstawę do tych zakazów podaje się międzynarodowy kodeks etyki muzealników . Ciekawe jak ten kodeks się ma polskiego prawa pracy. Taki zakaz byłby zapewne skuteczny, gdyby pracownicy mieli umowy o zakazie konkurencji, a bez tego.. W końcu chyba każdy jest panem tego, co ma w głowie, o ile sam nie zgodził się na ograniczenia odpowiednimi umowami. Jako argumentu używa się pojęcia "konflikt interesów", które podnosi wzmiankowany kodeks etyki. W przypadku osób, które współpracują z rynkiem sztuki, taki konflikt nie istnieje, trudno sobie wyobrazić, kiedy mógłby zaistnieć. Kolejny argument , to utrata twarzy przez muzeum, którego pracownik, pisząc ekspertyzę ( w wolnym czasie i jako osoba prywatna) pomyli się i nie daj Boże zrobi się afera medialna. Ten przepis jest moim zdaniem nieprawny i wręcz niekonstytucyjny. Jest szkodliwy dla rynku, ponieważ uzyskanie obecnie ekspertyzy, opinii u autorytetów, którzy pracują w muzeach graniczy z cudem. Ogranicza to znacznie liczbę kompetentnych osób dostępnych dla rynku sztuki, zwiększa niebezpieczeństwo obrotu. Niestety polski rynek sztuki jest młody i mało rozwinięty, a ekspertem nie zostaje się po studiach , tylko po latach doświadczeń. Z drugiej strony, muzealnicy korzystali wiele ze współpracy z rynkiem - oglądając obiekty z kolekcji prywatnych i przez to wzbogacając wiedzę. Komuś jednak bardzo to było nie po drodze.
piątek, 08 stycznia 2010
Nie ma jak rankingi
W styczniu jak zwykle wszyscy podsumowują i rankingują. Nie dziwię się, że rankingi najdrożej sprzedanych dzieł to najchętniej wybierany punkt odniesienia do analizy całego rynku. Niestety trafność oceny na podstawie zestawień top-sellers to strzelanie ślepą kulą w płot. Można to porównać do oceny rynku sprzedaży samochodów na podstawie najdrożej sprzedanych „furek” – Maybachów, Aston Martinów itp.
Zestawienie 10 najdrożej sprzedanych dzieł (oczywiście obrazów) nic nam nie mówi, oprócz ewidentnych truizmów. Wiadomo bowiem, że obrazy najwyższej klasy zawsze powinny się sprzedać (zawsze na Zachodzie , a w Polsce powinny), ale te 10 transakcji to niestety nie odzwierciedla sytuacji na rynku i mocno ryzykowne jest wyprowadzanie z tego prawidłowości czy prognoz.
Rynek bowiem tworzy rzesza, populacja osób, a nie kilku kolekcjonerów. Liczba osób zainteresowanych sztuką się zwiększa, kupujących również. To już nie jest rynek tak płytki jak 10 lat temu, lecz rozszerzający się coraz bardziej u podstawy, w kształcie lejka, albo oldskulowej oliwiarki (szeroki pojemnik na dole i szpica na górze). W skrócie – bardzo mało klientów na najdroższe obiekty oraz coraz bardziej poszerzająca się grupa tych, którzy kupują więcej, czasami wręcz regularnie ale nie wydają wiele.
Oczywiście przy takiej strukturze, bohaterami są anonimowi nabywcy tanich dzieł , którzy dla publikatorów nie są atrakcyjni.
Czytam nagłówki i artykuły mówiące, że skoro pierwsza dziesiątka jest taka, jaka jest to pewno jest to koniec kryzysu. Oj, zupełnie się z tym nie zgadzam. Nie uważam przy tym by w ogóle na rynku sztuki dawnej jakiś kryzys szczególny panował, z wyjątkiem kryzysu podaży, ale ten będzie zawsze. Taka to bowiem odwieczna struktura jest przy dawnych dziełach, że ich podaż jest ograniczona bo nikt ich nie dorabia, a rynek wysysa do prywatnych kolekcji. Dawniej na rynku było niewiele dzieł i niewielu zainteresowanych. Obecnie zmienia się w kierunku – jeszcze mniej dzieł i o wiele więcej potencjalnych nabywców.
Nabywcy też są inni – szukający, pragmatyczni, potrafią się szybko wyedukować. Niekoniecznie wierzą w to co przeczytają w gazetach, wierzą przede wszystkim w to, co sami przeanalizują, np. porównując notowania aukcyjne.
Dzięki temu może będzie trudniej, ale za to normalniej, bo z roku na rok ceny stają się coraz bardziej przejrzyste (zwłaszcza, że często te same obiekty wracają na rynek). Kiedy reguły stają się przejrzyste, to klienci nabierają zaufania.
Klienci potrafią też sami kupić za granicą. Dzięki internetowi potrafią sami znaleźć, kupić, odebrać i nawet ponownie sprzedać. Te zagraniczne przygody naszych klientów spędzają sen z oczu profesjonalistom, ponieważ mają wrażenie, że rynek wymyka im się z rąk.
Myślę, że niepotrzebnie się martwią. Pamiętam ,że na początku na GPW też grali wszyscy, dopóki nie przekonano się, że żeby robić coś z sensem to trzeba się temu całkowicie poświęcić. Zagraniczne eksperymenty zapewne niedługo spowszednieją , bo za Odrą i Atlantykiem można łatwiej kupić coś nieautentycznego niż w kraju, i coraz częściej także drożej. Nie mówiąc już o traktowaniu klientów przez domy aukcyjne (szczególnie te większe) na Zachodzie. Wystarczy porównać regulaminy – u nas jest prawdziwy Wersal jeżeli chodzi o traktowanie klientów.
Powiedziałbym, że przyszłość wygląda może nie różowo, ale cieplej.
W ostatnim roku nie upadł żaden dom aukcyjny (a jeden chyba się nawet reaktywował w Poznaniu). Widzę coraz większe zainteresowanie sztuką. Sprzyja temu oczywiście sieć, facebooki i twittery, które zapychają i przepychają informacje o wystawach, ofertach szybciej niż elektrony. Słabo się to na razie przekłada na sprzedaż, ale widząc prędkość z jaką wszystko się dzieje, to może nie trzeba będzie długo czekać.
Dostęp do informacji powoli również zmienia rynek w sensie takim, że dawniej to galeria szukała klienta, a teraz to raczej klient szuka – bo może łatwo znaleźć coś co go interesuje. Dzięki sieci może również przejrzeć o niebo więcej, niż gdyby miał wertować katalogi czy biegać po galeriach. To oczywiście z jednej strony zwiększa konkurencję , ale z drugiej – każdy może mieć buławę w tornistrze. Wystarczy adres www.
Sztuka współczesna zaś przechodzi obecnie zimny prysznic, szczególnie klasyka. Również przechodzi kryzys podaży – z trochę może innego powodu niż sztuka dawna. W tym wypadku nastąpiło po prostu rozjechanie się oczekiwań sprzedających i kupujących. Spójrzcie na notowania aukcji współczesnych w 2009. Ile jest tam sprzedanych obiektów ? Bardzo mało. Obserwując takie rezultaty, potencjalni kupujący nie widzą powodu do kupowania, bo czekają aż będzie taniej. Potencjalni nabywcy zaś, nie zamierzają cen obniżyć , widać kryzys ogólny nie był tak dotkliwy by en masse spowodować wyprzedaże. I tak mamy pat, który może przerodzić się w mat – bo po prostu klienci kupujący przestaną czekać na zniżkę cen i zwrócą się w kierunku czegoś innego – np. sztuki najnowszej.
Paradoksalnie sztuka najnowsza ma się lepiej od współczesnej klasyki, bo właśnie jest transparentna, konkurencyjna i lepiej zorganizowana. Istnieje głównie w obiegu galeryjnym, a jeżeli pojawia się na aukcjach to na charytatywnych lub „Młodej Sztuki”, (które sądząc po poziomie obrotu też raczej nie są dochodowe). To jest moim zdaniem, pisanie historii na nowo, po zniechęceniu klasyką, bałaganem w cenach i estetyce.
Jest wielu bardzo młodych (<30) twórców, jest przez to wielka konkurencja i co najważniejsze – niskie ceny na aukcjach, a w galeriach wyrównane. Coraz większy udział w targach zagranicznych podnosi rangę niektórych artystów i weryfikuje ich cenowo. O wiele łatwiej jest dziś uzasadnić cenę na pracę Ołowskiej czy Szlagi niż informelu Kantora.
Młodzi twórcy lubiani są przez media i sami biorą sprawy w swoje ręce dzięki facebookom. I nie znaczy to, że według kontrowersyjnego sloganu „kupuj tylko u artysty” galerie nie są im potrzebne – wręcz przeciwnie. Galeria dba o artystę, aby ten miał czas na tworzenie.
I mniej może jest ważne, że 99% z nich nigdy nie zrobi kariery jak artyści z Grupy Ładnie. Bardziej istotne jest , że dzięki nim powstaje nowa rzesza klientów, którzy darzą ten segment rynku kredytem zaufania.
W styczniu jak zwykle wszyscy podsumowują . Nie dziwię się, że rankingi najdrożej sprzedanych dzieł to najchętniej wybierany punkt odniesienia do analizy całego rynku. Zestawienie 10 najdrożej sprzedanych dzieł (oczywiście obrazów) nic nam nie mówi, oprócz ewidentnych truizmów. Wiadomo bowiem, że obrazy najwyższej klasy zawsze powinny się sprzedać (zawsze na Zachodzie , a w Polsce powinny), ale te 10 transakcji to niestety nie odzwierciedla sytuacji na rynku i mocno ryzykowne jest wyprowadzanie z tego prawidłowości czy prognoz. Rynek bowiem tworzy rzesza, populacja, a nie kilku kolekcjonerów. Liczba osób zainteresowanych sztuką się zwiększa, kupujących również. To już nie jest rynek tak płytki jak 10 lat temu, lecz rozszerzający się coraz bardziej u podstawy, w kształcie lejka, albo oldskulowej oliwiarki (szeroki pojemnik na dole i szpica na górze). W skrócie – bardzo mało klientów na najdroższe obiekty oraz coraz bardziej poszerzająca się grupa tych, którzy kupują więcej, czasami wręcz regularnie ale nie wydają wiele. Czytam nagłówki i artykuły mówiące, że skoro pierwsza dziesiątka jest taka, jaka jest, to pewno jest to koniec kryzysu. Oj, zupełnie się z tym nie zgadzam.
Nabywcy też są inni – szukający, pragmatyczni, potrafią się szybko wyedukować. Niekoniecznie wierzą w to co przeczytają w gazetach, wierzą przede wszystkim w to, co sami przeanalizują, np. porównując notowania aukcyjne. Dzięki temu może będzie trudniej, ale za to normalniej, bo z roku na rok ceny stają się coraz bardziej przejrzyste (zwłaszcza, że często te same obiekty wracają na rynek). Kiedy reguły stają się przejrzyste, to klienci nabierają zaufania. Klienci potrafią też sami kupić za granicą. Dzięki internetowi potrafią sami znaleźć, kupić, odebrać i nawet ponownie sprzedać. Te zagraniczne przygody naszych klientów spędzają sen z oczu profesjonalistom, ponieważ mają wrażenie, że rynek wymyka im się z rąk. Myślę, że niepotrzebnie się martwią. Pamiętam ,że na początku na GPW też grali wszyscy, dopóki nie przekonano się, że żeby robić coś z sensem to trzeba się temu całkowicie poświęcić. Zagraniczne eksperymenty zapewne niedługo spowszednieją , bo za Odrą i Atlantykiem można łatwiej kupić coś nieautentycznego niż w kraju, i coraz częściej także drożej. Nie mówiąc już o traktowaniu klientów przez domy aukcyjne (szczególnie te większe) na Zachodzie. Wystarczy porównać regulaminy – u nas jest prawdziwy Wersal jeżeli chodzi o komfort klienta. Powiedziałbym, że przyszłość wygląda może nie różowo, ale cieplej. W ostatnim roku nie upadł żaden dom aukcyjny (a jeden chyba się nawet reaktywował w Poznaniu). Widzę coraz większe zainteresowanie sztuką. Sprzyja temu oczywiście sieć, facebooki i twittery, które zapychają i przepychają informacje o wystawach, ofertach szybciej niż elektrony. Słabo się to na razie przekłada na sprzedaż aukcyjną, ale widząc prędkość z jaką wszystko się dzieje, to może nie trzeba będzie długo czekać. Dostęp do informacji powoli również zmienia rynek w takim sensie, że dawniej to galeria szukała klienta, a teraz to raczej klient szuka – bo może łatwo znaleźć coś co go interesuje. Dzięki sieci może również przejrzeć o niebo więcej, niż gdyby miał wertować katalogi czy biegać po galeriach. To oczywiście z jednej strony zwiększa konkurencję , ale z drugiej – każdy może mieć buławę w tornistrze. Wystarczy adres www. Sztuka współczesna zaś przechodzi obecnie zimny prysznic, szczególnie klasyka. Również przechodzi kryzys podaży – z trochę może innego powodu niż sztuka dawna. W tym wypadku nastąpiło po prostu rozjechanie się oczekiwań sprzedających i kupujących. Spójrzcie na notowania aukcji współczesnych w 2009. Ile jest tam sprzedanych obiektów ? Bardzo mało. Obserwując takie rezultaty, potencjalni kupujący nie widzą powodu do kupowania, bo czekają aż będzie taniej. Potencjalni nabywcy zaś, nie zamierzają cen obniżyć , widać kryzys ogólny nie był tak dotkliwy by en masse spowodować wyprzedaże. I tak mamy pat, który może przerodzić się w mat – bo po prostu klienci kupujący przestaną czekać na zniżkę cen i zwrócą się w kierunku czegoś innego – np. sztuki najnowszej. Paradoksalnie sztuka najnowsza ma się lepiej od współczesnej klasyki, bo właśnie jest transparentna, konkurencyjna i lepiej zorganizowana. Istnieje głównie w obiegu galeryjnym, a jeżeli pojawia się na aukcjach to na charytatywnych lub „Młodej Sztuki”, (które sądząc po poziomie obrotu też raczej nie są dochodowe). To jest moim zdaniem, pisanie historii na nowo, po zniechęceniu klasyką, bałaganem w cenach i estetyce. Jest wielu bardzo młodych (<30) twórców, jest przez to wielka konkurencja i co najważniejsze – niskie ceny na aukcjach, a w galeriach wyrównane. Coraz większy udział w targach zagranicznych podnosi rangę niektórych artystów i weryfikuje ich cenowo. O wiele łatwiej jest dziś uzasadnić cenę na pracę Ołowskiej czy Szlagi, niż informelu Kantora. Młodzi twórcy lubiani są przez media i sami biorą sprawy w swoje ręce dzięki facebookom. I nie znaczy to, że według kontrowersyjnego sloganu „kupuj tylko u artysty” galerie nie są im potrzebne – wręcz przeciwnie. Galeria dba o artystę, aby ten miał czas na tworzenie. I mniej może jest ważne, że 99% z nich nigdy nie zrobi kariery jak artyści z Grupy Ładnie. Bardziej istotne jest , że dzięki nim powstaje nowa rzesza klientów, którzy darzą ten segment rynku kredytem zaufania.
czwartek, 24 grudnia 2009
Zamiast:
po prostu : Najlepsze Życzenia :)
poniedziałek, 23 listopada 2009
Wpis ten dedykuję wszystkim, którzy do nas dzwonią i piszą w sprawie organizacji aukcji charytatywnych
wtorek, 13 października 2009
Jesteśmy po pierwszej aukcji po wakacjach. I oto kilka wrażeń:
niedziela, 06 września 2009
To jest pierwszy tekst w nowej kategorii - "ABC Rynku Sztuki". Będę w niej umieszczał artykuły opisujące podstawowe pojęcia i terminy dotyczące przede wszystkim sprzedaży aukcyjnej, wycen, autentyfikacji obiektów i zagadnień związanych z ekonomią.
Na polskich aukcjach przeważnie stosuje się najprostszy schemat .
Aukcja zaczyna się od ceny wywoławczej, kończy się na cenie uzyskanej - czyli najwyższej zaakceptowanej (lub podanej) przez licytującego.
Obiekt może być sprzedany za cenę wywoławczą, a jeżeli nikt się nie zgłosi, pozostaje niesprzedany.
W systemie anglosaskim wykorzystuje się ukrytą cenę rezerwową oraz estymację.
(Rozróżnienie na polski i anglosaski jest dokonane arbitralnie przeze mnie, głównie z tego powodu, że anglosaski system jest stosowany w USA , UK, ale także w innych krajach Zachodniej Europy, natomiast w Polsce bardzo rzadko. Opisywany dalej system anglosaski stosowany jest m.in. przez Dom Aukcyjny Sothebys)
Cena rezerwowa to zastrzeżona cena, poniżej której obiekt nie może zostać sprzedany. W "polskim" systemie, cena wywoławcza i rezerwowa są sobie równe. W anglosaskim - niekoniecznie, a wręcz rzadko.
Definicja estymacji jest niejednoznaczna - najczęściej oznacza się ją jako przedział w jakim najbardziej prawdopodobnie powinna się znaleźć się cena uzyskana.
Estymacje zwykle wyznacza się na podstawie historycznych notowań dzieł danego artysty, biorąc pod uwagę rodzaj, rozmiar i tematykę dzieła.
Do tego należy jeszcze dodać intuicję i doświadczenie domu aukcyjnego.
Mimo tego pozostawia to jednak duży margines przypadku i często zdarza się , że cena uzyskana "ląduje" gdzieś poza wyznaczonym przedziałem. Stosunkowo celnie można określić przedział estymacyjny dla twórcy popularnego, o dużej liczbie notowań, malujacego podobne tematy - jak Wierusz, Kossak, czy Nowosielski. O wiele trudniej będzie w przypadku autora mało znanego na rynku.
Istotne jest przede wszystkim, czy "strzelanie poza estymacja" występuje masowo.
Jeżeli np na szeregu aukcji, w danym okresie czasu, wiekszość cen uzyskanych lokuje się poniżej dolnej estymacji, wówczas zwykle jest to oznaką kryzysu, zwłaszcza jeżeli takie zjawisko występuje powszechnie na rynku - jak np na jesiennych (jesień 2008) aukcjach sztuki współczesnej na Zachodzie.
Cena wywoławcza jest ceną od której rozpoczyna się licytację. Zwyczajowo jest to 1/2 lub 1/3 górnej estymacji.
Prześledźmy zatem anglosaski sposób licytacji.
Licytacja musi się zacząć od ceny wywoławczej, ale często się zdarza, że cena rezerwowa jest od niej wyższa.
Praktycznie oznacza to,że kupujący najczęściej nie może kupić po cenie wywoławczej, tylko wyższej.
Cena rezerwowa jest ukryta gdzieś między wywoławczą , a dolną estymacją.
Najlepiej pokazać to na przykładzie:
Licytacja zaczyna się od ceny wywoławczej =1000, estymacja wynosi 2000-2500.
Zgodnie z zasadą przytoczoną wyżej, cena rezerwowa musi znajdować się gdzieś między 1000 (wywoławcza) a 2000 (dolna estymacja).
Schemat graficzny ustawienia cen w systemie anglosaskim
Co dzieje się dalej ?
1. Jeżeli jest kilku przeciwników - licytacja kończy się powyżej rezerwy - obiekt sprzedany temu kto zaoferował (lub zaaakceptował) najwyższą cenę - czyli jak w wariancie "polskim".
2. Jeżeli jest jeden oferent , akceptuje cene wywoławczą i stop !
Mamy wówczas problem - bo nie możemy sprzedać poniżej rezerwy, a ktoś jednak licytacje rozpoczął.
Wówczas aukcjoner licytuje sam z jedynym oferentem. Jeżeli przekracza cenę rezerwową - wówczas oczywiście przestaje licytować i oferent zostaje zwycięzcą po cenie rezerwowej. Jeżeli jednak oferent nie "dociągnie" do ceny rezerwowej, czyli zostanie przebity przez aukcjonera poniżej jej poziomu, wówczas obiekt zostaje niesprzedany, o czym aukcjoner informuje publicznie - zwykle używa terminu "PASS". W wynikach aukcji zagranicznych czasami można zauważyć w rubryce "cena uzyskana" termin : BOUGHT IN. Oznacza to ni mniej , ni więcej, że licytacja obiektu zakończyła się poniżej ceny rezerwowej, obiekt pozostaje więc w domu aukcyjnym (bought in - przebity i symbolicznie "kupiony" przez dom aukcyjny) .
Dlaczego w takim razie aukcjoner w ogóle "ciągnie" jednego oferenta ?
Mógłby przecież zakończyć aukcję od razu widząc, że jest tylko jeden chętny i pozostawić obiekt niesprzedany na poziomie ceny wywoławczej. Wówczas jednak nie dałby mu szansy by kupić obiekt.
Aukcjoner nie wie bowiem, jaki limit oznaczył sobie licytujący, być może większy niż cena wywoławcza, i dlatego rozpoczynając licytację jako jedna z jej stron, daje szansę kupna. Z drugiej strony właściciel obiektu również mógłby mieć pretensję o zbyt wcześnie zakończona licytację.
Aukcjoner prowadząc licytacje z jednym oferentem działa korzystnie na rzecz obu stron.
3. Jeżeli nikt się nie zgłasza przy cenie wywoławczej, aukcjoner często ją obniża, starając się zachęcić potencjalnych kupujących do wejścia w licytację. Ryzykuje niewiele, ponieważ obowiązuje go trzymanie się ceny rezerwowej, a nie wywoławczej - w skrajnych przypadkach mógłby zacząć nawet od złotówki .
W systemie anglosaskim nie wystarczy więc wygrać licytację z konkurentami na sali, trzeba jeszcze przekroczyć cenę rezerwową.
Po co to wszystko ?
Dla nieprzygotowanego uczestnika aukcji taki system może wydawać się oszustwem, krętactwem i w ogóle jakimś szwindlem.
No bo jak: niby licytuję, mam nawet przeciwników , w końcu wygrywam i nagle okazuje się ,że jednak nie kupiłem.
Albo jeszcze gorzej - widzę , że jestem jedynym oferentem i nagle aukcjoner mnie ordynarnie "ciągnie" podbijając moją cenę z samym sobą.
Idę do domu, z przeświadczeniem, że więcej na aukcję tu nie przyjdę, bo to wszystko jakieś podejrzane jest i pokręcone.
Takie były reakcje ludzi u nas, w Polsce, kilka ładnych lat temu, gdy niektóre domy aukcyjne próbowały ten system wprowadzić. Niestety nie dało sie - być może właśnie zabrakło jednoznacznej i wyraźnej informacji o regułach takiej formy licytacji.
Podstawą działania systemu anglosaskiego (i z resztą każdego) jest to ,że obie strony doskonale wiedzą o co chodzi i akceptują warunki tej specyficznej gry .
Rozwój aukcji internetowych jak Allegro i Ebay na szczęście już wprowadził do masowej wiedzy pojęcie ukrytej ceny rezerwowej.
Wiele osób w ostatnich latach samemu uczestniczyło w licytacjach na Zachodzie i zobaczyło, jak ten system działa i że jest tam standardem. Ktoś protestujący otwarcie przeciwko tym zasadom na londyńskiej aukcji zapewne uznany by został za niespełna rozumu.
Jakie korzyści daje aukcja w systemie anglosaskim?
W poszukiwaniu rezerwy
Kupujący nie wie gdzie jest cena rezerwowa, za którą może kupić obiekt, ponieważ jest ona ukryta gdzieś między ceną wywoławczą, a dolną estymacją. W niektórych przypadkach może być np jedno postąpienie powyżej wywoławczej. Ponieważ cena wywoławcza jest zwykle w tym systemie niska, więc zawsze warto spróbować.
w naszym przykładzie:
cena wywoławcza: 1000 estymacja: 2000-2500
cena rezerwowa może być zarówno 1000, 1100 jak i 1900, 2000.
przypadek, gdy cena rezerwowa jest tuż za wywoławczą
Kupujący ma też swój limit powyżej którego nie pójdzie, z drugiej strony aukcjoner też nie sprzeda poniżej rezerwy.
Emocje, emocje, emocje
Zasadniczą zaletą systemu dla sprzedającego jest to ,że powyższe reguły zachęcają kupujących do "testowania", czyli do rozpoczęcia i wejścia w licytację. Nie zniechęcają, wręcz odwrotnie, raczej kuszą ( a nuż rezerwa jest zaraz po wywoławczej ?..).
Trzeba też pamietać, że każda licytacja wywołuje określone emocje u jej uczestników. Bardzo mało jest osób, które biorąc udział w licytacji zachowują zimną krew.
W końcu przebijanie ofert ma coś z atawistycznej walki, a uwzględniając publiczny charakter aukcji , wręcz z pojedynku na arenie.
Trzeba publicznie się zadeklarować, wiedząc, że patrzą nie tylko przeciwnicy, ale i widzowie. Machanie numerkiem jest przecież symboliczym zadawaniem ciosów.
Emocje powodują, że im bardziej dynamiczna licytacja, tym większe prawdopodobieństwo , że limity nabywcy będą się przesuwać (" a może jeszcze raz... no ostatni raz..") . Znam to z autopsji, ponieważ wiele razy licytowałem z klientami przez telefon i ten "ostatni raz" często się powtarza.
Im wiecej osob wchodzi do licytacji, tym biegnie ona szybciej.
Potencjalny nabywca ma więc podwójny stres - dużą liczbę przeciwników i coraz mniej czasu do namysłu. reaguje więc coraz bardziej odruchowo.
Anglicy nie na darmo mają doświadczenie 300 lat prowadzenia aukcji.
To co dzieje się na większości polskich aukcji działa wręcz odwrotnie - cena wywoławcza równa jest rezerwowej i zwykle od razu jest na poziomie górnej estymacji - brakuje tego smaczku by "potestowac", sprawdzić przedział. Wiele osób myśli - "ee tam za drogo dla mnie, nie będę próbował".
Powszechne zaś licytowanie w dół jest absolutnie nie w interesie sprzedającego, mimo , że kończy się tzw. transakcją warunkową (czyli ,że nabywca zgłasza niższą cenę,do akceptacji właściciela).
W takim przypadku jednak wychodzimy już z całej procedury aukcji, wchodzimy w sferę zimnych negocjacji, gdzie pozycja sprzedającego jest z zalożenia bardzo niekomfortowa (bo , nabywca ma argument - "no obraz się nie sprzedał, to musi być taaaanio !') . W takim wypadku nawet ślad wspomnienia z emocji aukcyjnych nie pozostaje, tylko brutalne zbijanie ceny, w komforcie braku konkurencji.
Zobaczmy, jak zupełnie inaczej jest w wypadku gdy aukcja nie kończy się sukcesem w systemie anglosaskim.
Jeżeli była licytacja i cena nie osiagnęła ceny rezerwowej to jednak wiemy, że:
- byli jacyś chętni na nasz obiekt
- cena obiektu "dojechała" do pewnej , konkretnej granicy, mimo , że poniżej rezerwy.
W ewentualnych negocjacjach, nabywca ma o wiele lepszą pozycję negocjacyjną niż przy licytacji w dół. W końcu byli jacyś zainteresowani, jest poziom ceny ustalony publicznie, w takim wypadku negocjującemu nabywcy jest trudniej zbijać cenę.
Cena osiagnięta, daje też informację sprzedającemu np , że "przeholował" w swoich żądaniach, ale daje mu też konkretną wartość jaką wyznaczył rynek. To jest bardzo ważne, bo jest sygnałem dla sprzedających o potencjalnej wartości rynkowej.
Jeżeli chodzi o korzyści dla domu aukcyjego, to są one oczywiste w przypadku modelu anglosaskiego. Po pierwsze, ceny uzyskane zwykle są wyższe w wyniku emocji wywołanych przez licytację. Po drugie, dom aukcyjny równiez zyskuje informację o poziomie rynkowych cen, nawet gdy nie dochodzi do sprzedaży.
Rynek staje się przez to bardziej przejrzysty - widać co poszło, co nie poszło i najważniejsze gdzie są bariery. Widać też za ile "nie poszło". Ogromnie pomaga to w relacjach z wstawiajacymi obiekty w przyszłości .
Ciągną ceny
Jednym z zarzutów, które najczęściej słyszę jest ten ,że domy aukcyjne wyciągają ceny - czyli sztucznie podbijają licytację. Oczywiście jest to mit. Domy aukcyjne przyjmują obrazy w komis, zawsze są jeszcze dwie strony, właściciel i nabywca. Gdyby dom aukcyjny "holował" licytację, to co by się stało gdyby przeholował ?
Obiekt nie sprzedany, właściciel wściekły - dom aukcyjny traci prowizję, właściciel nie sprzedaje obrazu , mimo, że w świat idzie wynik. Nikt nie zyskuje.
Żaden z kolei dom aukcyjny nie pozwoli licytować właścicielowi swojego obiektu wedle uznania - ponieważ stanowi to zbyt duże ryzyko, że utraci prowizję, kiedy ten ostatni "przeholuje".
To co czasami widać na polskich aukcjach, kiedy ewidentnie na jednej aukcji obraz niby jest sprzedany, a pojawia się zaraz na drugiej , w innym domu aukcyjnym z mniejszą ceną - to nie jest efekt ciągniecia ceny, tylko utajony model anglosaski.
Utajony - ponieważ zapewne dom aukcyjny bronił ceny rezerwowej ustalonej z włascicielem. Oczywiście taka praktyka to strzelanie sobie w stopę, bo postronny widz musi odebrać to jako oszustwo, może nawet wyciąganie ceny . A wystarczy tylko czytelnie przedstawić reguły i wszyscy będą zadowoleni.
SŁOWNIK TERMINÓW:
wtorek, 07 lipca 2009
Lato, czyli lipiec, sierpień to w domach aukcyjnych czas robienia porządków. Na rynku jedynie ostatni twardziele robią w tym czasie aukcje, natomiast reszta oprócz wyrzucania śmieci, porządkowania starych katalogów, czy remontów "substancji" galerii koncentruje się na sprzedaży galeryjnej. Ostatnie pół roku na rynku sztuki ( w Polsce i na świecie) nie było rewelacyjne, przy czym im młodsza sztuka tym gorzej. Jeżeli aukcje idą zdecydowanie słabiej , to domy aukcyjne póbują tym bardziej sprzedawać bez aukcji. Organizacja aukcji to koszt, o kórym nikt z wyjątkiem organizatorów nie pamięta, wielokrotnie wyższy od kosztu sprzedania obiektu w galerii. Domy aukcyjne sprzedając "z ręki" korzystają w pełni ze swego potencjału - baz danych klientów kupujących i kolekcjonerów, rozpoznawalności marki, zaufania zbudowanego przez dotychczasową działalność. Mimo,że aukcje kosztują, to ten koszt nie idzie na marne, ponieważ uderzenie marketingowe domu aukcyjnego jest o wiele większe niż galerii - wysyłanie katalogów przy każdej aukcji, ilość klientów dokonujących transakcji, ilość obiektów jaka "przewija" się przez rok - to wielki potencjał. W czasach posuchy, gdzie trzeba o wiele bardziej napracować się przy "dopięciu" transakcji informacje "co kto posiada" - albo "co kto kiedyś licytował" są bezcenne. Dodatkowym aututem jest informacja o obiektach, która po aukcjach zwykle zostaje w domach aukcyjnych albo w postaci katalogów, albo w Internecie. Dzięki sieci, łatwo jest znaleźć np obraz, który nam kiedyś umknął na aukcji, a dom aukcyjny zapewne wie kto go kupił, albo co się z nim stało. ![]() Józef Pankiewicz, Modelka siedząca na krześle obecnie z ceną 150 000 zł (poprzednia cena 210 000 zł) W lecie jest też czas by pokazać jeszcze raz to co kiedyś na aukcji się nie sprzedało - tym razem bez presji czasowej licytacji, często z obniżoną ceną. Dodatkowo, można znaleźć chwilkę by wpaść i obejrzeć dzieło "naocznie". Nikt nikogo, nie goni - w końcu lato jest :). U nas też - wprowadzilismy do naszej galerii online kategorię "obiekty o obniżonej cenie" - można tam znaleźć prace, kótrych ceny zostały zmniejszone od kilku do nawet kilkudziesięciu procent.
środa, 15 kwietnia 2009
![]() Nawiązaliśmy współpracę z Artfact/Invaluable. Artfact to jeden z tzw integratorów, czyli serwisów gromadzących wyniki aukcji oraz publikujących oferty nadchodzacych aukcji - podobnie jak Artnet czy Artprice. Artfact jest może mniej znany w Europie, ponieważ jest firmą amerykańską, ma jednak zaletę polegajacą na współpracy z mniej znanymi domami aukcyjnymi z USA i Kanady. W 2007 r Artfact przejął Invaluable - swój odpowiednik w Wielkiej Brytanii, co wzbogaciło bazę firmy o klientów europejskich. Artfact od początku 2009 przejął organizowanie aukcji live od Ebay (który zrezygnował z prowadzenia tego typu aukcji w końcu 2008 r). Obecnie Artfact oferuje zintegrowany pakiet promocyjny swoim partnerom - czyli promowanie aukcji oraz udostępnianie systemu do aukcji w czasie rzeczywistym. Agra ma ( i będzie dalej używać) swój własny system aukcji live dla polskich użytkowników, natomiast Artfact będzie udostępniał moduł angielskojęzyczny. Na dodatek zyskujemy dostęp do ok. 6 mln potencjalnych klientów . Oprócz Agry (jedyne z Polski) z Artfact współpracuje m.in. Dorotheum (Austria), Koeller (Szwajcaria) czy Tajan (Francja). Co ciekawe, Artfact umożliwił nam licytację w naszych kochanych złotówkach :). W przypadku aukcji sztuki dawnej, to i tak jest raczej teoretyczny eksperyment, ponieważ prawo zakazu wywozu skutecznie odcina nas od klientów spoza Polski. Co prawda są już jakieś jaskółki zmian i może wreszcie jakoś zostanie to "po europejsku" uregulowane. Z drugiej strony, jest to na pewno szansa dla sztuki współczesnej. która jest tania dla strefy "eurodolara", nawet w tych kryzysowych czasach. Pierwsza aukcja z Artfact - Sztuka Współczesna, 26 kwietnia.
piątek, 10 kwietnia 2009
niedziela, 11 stycznia 2009
Co mi przychodzi do głowy jak myślę o roku 2008 ? Otóż tak: Ogólnie - dla Agry to był bardzo dobry rok, a właściwie jego pierwsza połowa. Gdyby druga była tak dobra jak pierwsza, to pewno byłby to rok 20-lecia . Do wakacji było fantastycznie w porównaniu do lat poprzednich, ale potem, od października "zaczęły się schody". Co prawda nie był to głośny upadek z łomotem, tylko delikatne obsunięcie, ale jednak kierunek nie pozostawia wątpliwości - w dół. To był zdecydowanie rok sztuki dawnej. W 2008 roku poszukiwano przede wszystkimi dzieł sztuki dawnej , dekoracyjnych i tanich. Jeżeli takowe trafiało na aukcję - wówczas zwykle licytacje kończyły się na zaskakującym poziomie. Dzieła wysokiej klasy i o wysokich cenach, szczególnie w końcówce roku nie były rozchwytywane jak ciepłe bułki. W grudniu 2008 poczuliśmy zimny oddech kryzysu - mimo bardzo dobrej oferty nie sprzedały się obrazy Siemiradzkiego, Brandta, Wyczółkowskiego. Być może poziom cen okazał się w tym wypadku decydującym czynnikiem, bo 6 miesięcy wcześniej sytuacja wygladałaby zupełnie inaczej. W sztuce współczesnej na aukcjach w 2008 było raczej minorowo. Nie ma co się oszukiwać, jak to czytam w różnych publikatorach ( na szczęście nie wszystkich) - że sztuka współczesna i to najmłodsza ma się dobrze. Otóż nie ma się dobrze i będzie się miała dalej źle, im młodsza tym gorzej. Oczywiście mój wniosek wynika (i dotyczy) z tego co widziałem w 2008 r na aukcjach. Kiedy rozmawiam ze znajomymi galerzystami, to mówią, że może nie jest fantastycznie, ale całkiem dobrze i nawet polepsza się z roku na rok. Prawdopodobnie są to jednak zupełnie odmienne dwa światy - aukcje i sprzedaż galeryjna - dość mocno rozłączne. Są artyści współcześni , którzy funkcjonują w obiegu galeryjnym, ale nie pojawiają się na aukcjach. Ci co się pojawiają, raczej nie mają oszałamiających wyników. Aukcje nie są tym co artyści współcześni lubią najbardziej, ponieważ poziom cen osiągany na licytacjach jest rozczarowujący. Dlaczego tak się dzieje to dłuższa historia - można o tym m.in. przeczytać w Przewodniku Kolekcjonera Artbazaaru. Przewodnik to IMHO jedna z nielicznych książek na rynku o sztuce najnowszej, którą można przeczytać, bo jest napisana prosto i komunikatywnie. Z drugiej strony , obrazy dobrych klasyków współczesności są obecnie jak cenne perły - pojawiają się rzadko, albo z cenami zaporowymi (i wówczas się nie sprzedają), albo z cenami atrakcyjnymi i wówczas mamy licytację jak się patrzy - jak w przypadku Mikulskiego , "Dziewczyny ze szpilką " w listopadzie 2008. Bardzo silną rolę gra cena - obrazy niedrogie, znanych nazwisk i wizualnie atrakcyjne są chetnie kupowane - np Dominik, Dobkowski, Tarasin. Jak zwykle królem pola pozostaje Nowosielski - którego najlepsze dzieła przekraczają już 200 tyś, ale przede wszystkim o jego sile może świadczyć popyt na drobniejsze prace - rysunki, serigrafie, akwarele czy tańsze obrazy olejne. Nowosielski dalej pozostaje rozpoznawalną marką , która nie jest już szczególnie elitarna - każdy chce mieć coś od Mistrza, a jeżeli nie stać go na "Akt w czepku" - to chociaż ikonkę, akwarelę czy nawet serigrafię. Moim zdaniem to szczególnie świadczy o rynkowej sile tego nazwiska. Podobnie dzieje się z Kantorem - chociaż jego obrazy są trudniejsze w odbiorze, więc coraz trudniej sprzedać Informele, natomiast bez problemu znajdują sie nabywcy na prostsze formy. Bardzo podobał mi się wywiad w Wyborczej z Łukaszem Gorczycą z Rastra - gdzie bardzo realistycznie podsumowuje ostatni rok. Wspomina tam o presji jaką na najmłodszych malarzy wywierają podsycane przez media informacje o karierach polskich twórców na Zachodzie. Nic dziwnego ,że mamy zalew "postsasnali". W 2008 r pojawili się i zamieszali Krasnale. Można było dzięki temu zobaczyć jak wiele emocji rodzi dyskusja o sztuce. Fora internetowe "ociekały krwią" :) Co będzie w 2009 ? Paradoksalnie tak bardzo wiele się nie zmieni. Zapewne pojawi się dalsza ostrożność w zakupach drogich dzieł, nawet klasa dzieła nie zrekompensuje jego wysokiej ceny. Nabywcy będą dość dokładnie analizować ceny historyczne, dlatego artyści nie pojawiający się na aukcjach będą w gorszej sytuacji. Dewizą rynku już jest " jest kryzys , więc ceny muszą spaść". Nie ma też powodu by jakoś strasznie dramatyzować. Polski rynek sztuki ma już 20 lat, staje się coraz bardziej okrzepły i stabilny. Stała liczba nowych klientów od kilku lat pojawiająca się na aukcjach to największy kapitał. Budowane przez media zainteresowanie sztuką również procentuje - w końcu coraz więcej ludzi widzi w sztuce nie jakieś dziwadło dla wariatów, tylko przyjemną i nobilitująca dziedzinę życia. Kupowanie dzieł sztuki staje się przyjemnością wielu, nie tylko finansowych elit, bo też Polacy wzbogacili się przez 20 lat, nie ma co tego ukrywać. Kryzys zapewne dotknie sztukę współczesną oraz najdroższe dzieła, bo jak na razie w tych dziedzinach jest najmniej klientów . Natomiast "sztuka środka", zarówno dawna i nowsza, nadając siłę rynkowi , pozwoli nam przetrwać globalną obniżkę koninktury. |
Ostatnie notki
Zakładki:
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||