środa, 21 marca 2012
Profesor Sternbach z rodziną - cw/cu 1,8 mln/1,85 mln Gdyby prace artysty podobnej rangi co Wyspiański, tylko np. niemieckiego, znalazły się na aukcji u naszych sąsiadów, to cena (w adekwatnej walucie) różniłaby się o rząd wielkości . Portrety Sternbachów to obrazy wyjatkowe z wielu powodów - postać twórcy, jakość artystyczna, pochodzenie, postacie portretowanych. Od powstania w rękach jednej rodziny - to naprawdę w Polsce prawie się nie zdarza. Często porównuję rynek sztuki w Niemczech i Polsce i zasmuca mnie przede wszystkim stosunek do kolekcjonerów. Podczas gdy za Odrą, kolekcjoner cieszy się poważaniem i robi wszystko by pochwalić się (oraz podzielić) swoimi zbiorami, w Polsce ludzie kupujący sztukę nie są adekwatnie doceniani. Niemiecki przedsiębiorca wie, że zbierając dzieła sztuki zyskuje prestiż u swoich kontrahentów, w swoim środowisku, w miejscu gdzie mieszka i działa. W Polsce - raczej rzadko. Wiele jest niemieckich prywatnych muzeów, pozostawionych przez przemysłowców - kolekcjonerów. W Wuppertalu możemy zobaczyć zbiory bankierskiej rodziny Von der Heydt, a w Baden Baden muzeum Friedera Burdy (tak, od tego słynnego czasopisma). W tych muzeach są dzieła największych malarzy, nie tylko niemieckich (Kirchner, Nolde), ale też światowych - Picasso, Monet, Rothko. Sale nigdy nie są puste. Portrety Sternbachów mogły by być wspaniałym obiektem muzealnym - właśnie prywatnego muzeum. Stworzenie z własnej kolekcji prywatnego, ale publicznie dostępnego muzeum to pewnego rodzaju przepustka do nieśmiertelności - z jednej strony nazwisko założyciela (i jego rodziny) pozostaje zawsze w chwale, ale z drugiej zbiory udostępnione są wszystkim zainteresowanym. A na dodatek, kolekcjoner staje się bohaterem swojego miasta - bo muzeum pośrednio promuje miejsce w którym się znajduje. Niestety, chyba jeszcze trochę wody musi upłynąć w Wiśle, by idea prywatnych muzeów zagnieździła się w Polsce. U nas często kupowanie dzieł sztuki nie może być dokonywane z otwartą przyłbicą, ponieważ zwraca się uwagę tylko na aspekt "wielkich pieniędzy". Ale czy aż tak wielkich ? Wyspiański, Matejko, Wyczółkowski, Witkacy - to podstawy naszej, polskiej kultury. Żadna cena nie jest za wielka i nie powinna dziwić. Z drugiej strony, skoro polskiego państwa nie stać na zakupy wybitnych dzieł, to może powinno stworzyć możliwości dla prywatnych kolekcjonerów? Może, tak jak się to praktykuje w innych krajach - uruchomić ulgi podatkowe w zamian za obowiązek publicznej prezentacji przez określony czas ? Ostatnia aukcja pokazała, że klasyczna sztuka polska jest naprawdę doceniana - Wyczółkowski, Fałat, Gierymski, Kossak, Malczewski cieszą się dalej uznaniem i chyba coraz większym. Bardzo duże znaczenie ma pochodzenie dzieł - sprzedaliśmy prawie wszystkie prace z krakowskiej kolekcji Kazimierza Kostaneckiego . Obrazy wyjątkowe - jak Autoportret Eugeniusza Zaka, czy "Na ulicy" Kozakiewicza również zostały docenione.
Eugeniusz Zak - Autoportret z 1916 r. Jeden z nagoręcej licytowanych obrazów na aukcji: cena wywoławcza: 450 tyś cena uzyskana: 760 tyś
To pocieszające dla nas, organizatorów ale też dla wszystkich, którym rynek sztuki jest bliski. Atmosfera na aukcji była wyjątkowa, pełna sala, oklaski po licytacji Wyspiańskiego, a przede wszystkim wyczuwalna pasja i zainteresowanie. To była bitwa - nie nudne posiedzenie, a seria krótszych i dłuższych starć. Bywalcy aukcji znają te odgłosy aukcyjnego pola walki - skrzypienie krzeseł, chrząknięcia, ciche komentarze, szum po uderzeniu młotka :). Niestety nie był to dobry dzień dla sztuki współczesnej. Oprócz Mitoraja, Dwurnika i Yerki, nie było prawie licytacji. Szkoda - piękny Mikulski, czy wczesna praca Abakanowicz warte były zainteresowania. Być może jest to efekt tego, że klimat wokół sztuki współczesnej jest niezbyt sprzyjający - coraz częściej kojarzona jest z terminami takimi jak "spekulacja", "inwestycja", stopa zwrotu" itp. Z drugiej strony trudno zauważyć na rynku interesujące pozycje klasyków współczesności - najwyraźniej najlepsze pozycje pozostają w kolekcjach. Rynek się rozwarstwił - albo sprzedają się (rzadko i raczej poza aukcją) prace wyjątkowe, albo tanie obrazy najmłodszych. Garść statystyk: Sprzedane/Wystawione: 61/99 (61%) Cena uzyskana a estymacje cena uzyskana w przedziale estymacji: 19, powyżej górnej: 20, poniżej dolnej estymacji: 22 Największe przebicia na licytacji : Zak - 450/760 tyś Malczewski - 150/250 tyś Kotarbiński - 180/280 tyś
wtorek, 03 stycznia 2012
W 2011 roku udało nam się przeprowadzić z sukcesem 4 duże aukcje, oraz 13 internetowych. Trudno to porównywać z sytuacją sprzed 5 lat, kiedy aukcji bywało i 8, a sztuka współczesna miała swoje oddzielne licytacje.Inne czasy, inne obroty, coraz mniej istotnych dzieł, za to więcej nowych klientów i czasami wspaniałe rekordy. Więcej tutaj - w naszym podsumowaniu aukcji w Agrze w 2011 roku (plik pdf) lub w przeglądarce książkowej
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Wszystkim życzymy przede wszystkim zdrowia, którego zachowanie w dzisiejszych niezdrowych czasach jest prawdziwą sztuką.
Rynek sztuki tworzycie przede wszystkim Wy, Drodzy Kolekcjonerzy i Klienci, a dopiero później kuratorzy, galerzyści, aukcje i wystawy. To Wasze wybory wpływają na to co pojawia się na aukcjach i za ile się sprzedaje. Życzymy też klientom by byli rozważni, by nas sprawdzali, weryfikowali ceny i podążali za własnym, nieskrępowanym zdaniem. Różne dziwne rzeczy można w dziejszych czasach o rynku sztuki przeczytać, ale od tego jest internet i inne źródła, a przede wszystkim zdrowy rozsądek, by to wszystko zweryfikować. Klientom, którzy sprzedają, by mieli do nas (domów aukcyjnych) więcej zaufania, jeżeli chodzi o szacowanie wartości dzieł sztuki. W naszym wspaniały kraju, każdy co prawda wie najlepiej ile wart jest jego obraz, ale za nami stoi te 20+ lat doświadczenia i naprawdę, jak mówimy, że coś jest za drogie, to rzadko się mylimy. Staramy się też obserwować to, czego szukają nasi klienci kupujący i często z nimi rozmawiamy. Galerzystom,
Domom aukcyjnym,
Najczęściej powtarzanym słowem w minionym roku był chyba złowieszczy termin "kryzys". Na rynku sztuki to nie jest nic nowego, ponieważ jesteśmy do niego przyzwyczajeni od lat, jesteśmy więc zahartowani. I tego hartu życzę nam wszystkim w 2012.
wtorek, 22 listopada 2011
Braliśmy udział we wspaniałym projekcie - książce-albumie o cyklu "Sportowcy" Edwarda Dwurnika. W tym tygodniu album pojawi się w księgarniach.
wtorek, 06 września 2011
W czasach gdy szukamy uniwersalnych metod przechowania wartości wybitne dzieła sztuki mogą być równie niezawodne jak złoto. Obok - Stanisław Wyspiański - Portret Lizy Pareńskiej, 1904 Sygn. p.d. : SW | 1904 , Obraz będzie wystawiony na aukcji Agry-Art
Portugalczycy wyprzedają rodowe precjoza, bo złoto powoli staje się jedynym akceptowalnym narzędziem do zachowania wartości. Podobnie dzieje się z innymi kruszcami - w końcu co sztabka, to sztabka, jest co w rękę wziąć, spalić się nie da, tyle że ciężko z tym uciekać (za to można zakopać). Poza tym, człowiek od zarania posiada w sobie magiczną miłość do żółtego metalu i zawsze był pod jego urokiem. Złoto złotem, ale wychodzi na to , że powszechne narzędzia do przechowania i pomnażania bogactwa się nieco skompromitowały. W czasie kryzysu pokazały swoją ulotność, wirtualność i wskutek tego - podatność na nielogiczną spekulację sterowaną czystymi emocjami. Kiedy w ostatnim 20 leciu pojawiały się kryzysy, zwykle przypominano sobie również o dziełach sztuki - niestety bardziej w teorii niż w praktyce. Przypominano czasy okupacji, kiedy obrazy, rzemiosło stawały się dobrem wymiennym i nawet chyba dość płynnym. W naszych czasach (naszego kryzysu) nie doszlismy jeszcze do realiów okupacyjnych (na szczęście), chociaż dochodzą do mnie sygnały o zwiększającym się zainteresowaniu wyrobami srebrnymi i złotymi. Co prawda to zainteresowanie raczej podlega regule "co by tu kupić, by przetopić" ale może jak tak dalej (źle) pójdzie, to na poszukiwaniu tylko kruszcu się nie skończy. Kiedy szukamy stabilności, dzieła sztuki wydają się być bardzo dobrym środkiem do przechowania wartości. Oczywiście nie każdy obraz, czy antyczny mebel się do tego nadaje. Poszukujemy bowiem czegoś, czego wartość się nie zmieni, czegoś ponadczasowego, co swoją wartość miało, ma i mieć będzie. Myślę tu o wybitnych dziełach sztuki dawnej , a także klasykach współczesności. Kluczem jest nazwisko artysty i jego miejsce w historii. Otóż zakładam, że mimo finansowych Armageddonów, kryzysów, stóp procentowych i rdzewiejącej strefy Euro, nasza kultura i historia przetrwa. A elementy tej kultury zawsze będą cenione. Istnieje w naszej polskiej kulturze panteon twórców, których nikt nie kwestionuje. Są związani z polską kulturą nierozerwalnie, są jej elementem. Ich prace są w Muzeach Narodowych, uczy się o nich dzieci w szkołach. Czy więc ich wartość może konkurować z paczką zielonych banknotów, które wyceniane są na podstawie niejasnych i emocjonalnych reguł ? Idąc tym tropem, każde dzieło Matejki, Malczewskiego, Wyspiańskiego jest o wiele stabilniejsze niż jakakolwiek waluta, ponieważ ich wartość opiera się na historii danej kultury, została zaszczepiona w procesie edukacji . Nie podlega medialnym newsom, panice, manipulacjom bankowych grup interesów. Tego rodzaju dzieła zawsze kosztują dużo (w walucie) i jednocześnie zawsze są niedoszacowane. Bo ile powinna kosztować "Bitwa pod Grunwaldem" albo "Altana" Gierymskiego? Każda kwota może wydać się za mała, gdy popatrzymy właśnie na wartość kulturowo historyczną, na fakt unikalności pracy. Ciągle gdzieś czytam o "inwestycjach w dzieła sztuki" - ostatnio nieco mniej, bo może termin "inwestycje" zaczął się źle kojarzyć. Dzieła sztuki klasycznej doskonale przechowują wartość w trudnych czasach, gdy wszystko inne wydaje się chwiać. To jest najlepsza inwestycja na kryzysowe czasy - nie obiecuje szaleńczych zysków, za to zapewnia spokój.
czwartek, 02 czerwca 2011
Mamy już dwie firmy związane z rynkiem sztuki, które są notowane na giełdzie. Wprawdzie to tylko Newconnect, ale zawsze parkiet. Nie ma co ukrywać, że kampania medialna DAAH (Dom Aukcyjny Abbey House) towarzysząca giełdowemu debiutowi zaskoczyła, poruszyła, zbulwersowała środowisko antykwariuszy, galerzystów i domów aukcyjnych. DAAH ruszył z kopyta jak nikt nigdy dotąd na naszym małym ryneczku - przejęcie Art&Business, spot w telewizji, serie artykułów w prasie i sieci (głownie w profilach ekonomicznych) - nikt jeszcze z naszego środowiska tyle nie zainwestował w pr i reklamę. Założenia biznesowe DAAH (czyli na czym ma ta firma zarabiać i jaki jest jej modus operandi) nie są szczególnie jasno zaprezentowane. Być może dlatego, firma zorganizowała niedawno spotkanie z przedstawicielami rynku sztuki, gdzie tych przedstawicieli za dużo się co prawda nie pojawiło, ale zawsze liczy się dobra wola. Inna sprawa, że mimo dużej dozy sympatycznych deklaracji i pozytywnych zapewnień, wielu konkretów nie usłyszeliśmy. Okazuje się, że DAAH ma być hybrydą - jednocześnie domem aukcyjnym, galerią i instytucją inwestycyjno-finansową. Mnie osobiście to pomieszanie ról w programie DAAH nieco przeszkadza. Bo niby to dom aukcyjny, ale zachowuje się jak galeria. Promuje i jednocześnie robi aukcje tego, co promuje. Na rynku sztuki te role są wyraźnie rozdzielone. Aukcja to odbicie rynku - sprawdzenie cen, ustalenie nowych wartości. Galeria - to nadawanie wartości przez promowanie, wystawy, targi itp. Idea działania DAAH ma polegać na promowaniu swoich artystów, poprzez zamknięte aukcje. Eksluzywne, tajemnicze i dla wybranych. Tak mają ustalać się ceny, które będą podstawą notowań prac danego artysty. Artyści, jakich reprezentuje DAAH nie są szczególnie znani ( z wyjątkiem jednego), ani z wystaw, ani z notowań. Ceny - (publikowane są jedynie ceny uzyskane) - relatywnie bardzo wysokie. Piszę relatywnie, ponieważ albo nie można ich porównać z braku innych notowań, albo (jak w przypadku Stanisława Młodożeńca) różnią się o rząd wielkości od uzyskanych przez inne domy aukcyjne. Cóż, każdy może robić wszystko ze swoimi pieniędzmi, kupować jachty, oddawać się rozpustnej konsumpcji czy ładować w nierealne projekty. Jego prawo, jego mamona, jego przyjemność. Kiedy więc pytano mnie o DAAH, odpowiadałem, że życzę im wszystkiego najlepszego, bo na naszym zaściankowym rynku im więcej mówi się o sztuce w wymiarze pozytywnym, tym lepiej. Każdy może zapłacić za obraz tyle ile chce, może się tym chwalić - jego sprawa. Problem zaczyna się w momencie, gdy przekonuje się do tego innych i obiecuje im krociowe zyski. Rynek sztuki, po ciężkich doświadczeniach kryzysowych, jest obecnie o wiele bardziej ostrożny, jezeli chodzi o rekomendacje inwestycyjne. Tuż przed kryzysem, kiedy w obrocie było dużo wolnego pieniądza, a banki i pokrewne instytucje szukały na gwałt nowych możliwości by ten gorący pieniądz gdzieś ulokować, odżył pomysł "inwestowania w sztukę". Część podmiotów na rynku sztuki oraz niemało klientów dało się uwieść idei wspaniałej inwestycji w dzieła sztuki. Zemściło się to okrutnie (i nadal mści ) na całym rynku, ponieważ niedługo potem przyszedł Wielki Sprawdzający i .. sprawdził. Do tej pory nasz rynek, szczególnie sztuki współczesnej, cierpi z powodu szkód jakie wyrządziło rozczarowanie, a raczej rozbieżność między przyrzekanymi oczekiwaniami, a rzeczywistą sytuacją. Wszystkich nas to boli, jestesmy mądrzejsi i boimy się bardzo by sytuacja się nie powtórzyła. Wszak jeden rozczarowany klient to nie koniec - on przecież jeszcze opowie pięciu innym, że te inwestowanie, kupowanie dzieł sztuki to humbug i oszustwo. Nic więc dziwnego, że gdy pojawia się na rynku ktoś, kto może obudzić stare demony, ktoś z wielką siłą przebicia, jak taran, jak medialny walec drogowy - to wszystkim doświadczonym cierpnie skóra. Historia może się powtórzyć. Gromada zauroczonych inwestorów będzie szturmować aukcje DAAH, kupować dzieła namaszczonych artystów i czekać na zyski. A potem (oby nie !) przyjdzie Wielki Sprawdzający i zacznie się płacz, zgrzytanie zębów i następna fala zniechęcenia do sztuki. A DAAH nie będzie jednym przegranym, bo przegrany będzie cały rynek. No tak, ale w sumie takie wieszczenie klęski jest bardzo depresyjne, a dlaczego DAAH ma się nie udać ? Może porwą masy, wykreują nową modę na sztukę współczesną, na nowych artystów, stworzą nową estetykę - będą polskim Saatchim XXI wieku ? Popatrzmy pozytywnie - przecież jak im się uda i te masy będą szaleć za najnowszą sztuką polską, to wszyscy na tym skorzystamy - bo jeżeli praca Iksińskiej rocznik 1985 sprzedaje się za 10 tyś euro, to ile w takim razie będzie wart obraz Kantora (rocznik 1915) czy Malczewskiego (rocznik 1855) ? Jeżeli proporcjonalnie więcej, to wszyscy postawimy DAAH pomnik ze złota. Niestety, taki scenariusz jest mało prawdopodobny, ponieważ: - klienci kupujący dzieła sztuki, nawet tacy, którzy dopiero zamierzają kupić, nie podążą bezkrytycznie za serią publikacji prasowych lub argumentów z jednego źródła. Żyjemy w czasach, gdzie każdą informację można zweryfikować, gdzie Internet bezlitośnie zapamiętuje notowania i wypowiedzi. Mamy narzędzia, dzięki którym możemy doskonale sobie sami zrobić analizę co nam się opłaca, a co nie. - Wydanie pieniędzy to nie to samo co np. głosowanie w wyborach. To ostatnie nie wiąże się z bezpośrednim kosztem - pyk, zakreślamy i wychodzimy. W przypadku, gdy mamy coś kupić - wyjąć z kieszeni nasze pieniądze - to już jest zupełnie inna sprawa i inne mechanizmy obronne wchodzą w grę. O wiele trudniej dać się zasugerować, przekonanie się wymaga AUTORYTETU. Autorytet na rynku sztuki to coś, czego nam brakuje chronicznie. Na Zachodzie taką funkcję pełnią galerie, targi, fachowe czasopisma bądź autorytety fizyczne. Początkujący kolekcjoner może iść do renomowanej galerii, gdzie płacąc drogo dostaje produkt wysokiej klasy, za którego rozwój, powodzenie, przyszłość, a nawet możliwość odkupienia gwarantuje galeria. Galeria też nie staje się renomowana z dnia na dzień - zwykle te najlepsze istnieją od pokoleń, mają historię targów i wystaw. Szczególnie istotna jest rola autorytetu w sztuce najnowszej, gdzie artyści nie mają jeszcze swojej historii. Wówczas rola promotora spoczywa na galerii i im bardziej galeria jest prestiżowa, tym lepszą wartość nada swoim podopiecznym. A w jaki sposób tworzy autorytet DAAH ? Jedynie cenami uzyskanymi na niepublicznych aukcjach. Brak działalności wystawienniczej, edukacyjnej, promotorskiej - bo cóż, jest to twór dopiero co narodzony. To, oczywiście nie wyklucza jeszcze sukcesu, bo za każdą firmą stoją ludzie, którzy mogą być podporą autorytetu. Na przykład Fibak, Galeria Atak Krzysztofa Musiała, Starmach czy FGF. Każdy z frontmanów wspomnianych galerii zapisał się już w historii rynku sztuki współczesnej i najnowszej, jest rozpoznawalny i na swoją pozycję zapracował latami. Tak - latami, bo autorytet wymaga czasu - jeżeli nawet artyści są młodzi, to ich promotorzy muszą mieć pewien staż i historię dokonań by działać z sukcesem. Nic nie zrobi się tutaj na skróty. Czy jednak osoby z podobnymi dokonaniami znajdziemy w teamie DAAH ? Ja nie znalazłem, ale może inni będą mieli więcej szczęścia. Tak naprawdę, to w naszym wspaniałym kraju wszystkie czynniki nie są w stanie zagrać tak jak na Zachodzie i porwać masy do kolekcjonowania. Nawet Fibak, nawet Musiał, którzy zebrali wielkie kolekcje, dają przykład i wzór - nie znajdują wielu naśladowców. Mimo intensywnego programu wystaw i faktycznych zakupów z otwartą przyłbicą - co w Polsce wymaga dużej odwagi. Czekam na czas, kiedy wydawanie pieniędzy na dzieła sztuki nie będzie uważane powszechnie za coś nienormalnego. Kiedy kolekcjonerzy, tak jak w krajach Zachodu będą mogli się chlubić, a nie ukrywać ze swoją pasją. Jak pokazuje 20 letnia historia naszego wolnego rynku, te czasy są jak przyjście Mesjasza - niby już go widać na horyzoncie, ale niestety jeszcze nie doszedł.
niedziela, 03 kwietnia 2011
Na Targach Antyków i Dzieł Sztuki w Maastricht zawsze są tulipany, tylko co roku innego koloru. W tym roku było ich jednak zdecydowanie mniej niż poprzednio, kiedy korytarze wręcz kipiały od kwiatów. Za każdym razem jest mniej arcydzieł - i to ze starej sztuki, z designu, czy klasycznej XX wiecznej. Wiele dzieł powtarza się z roku na rok - być może galerie nie chcą wyzbywać się swoich "perełek" i dlatego Bosch, Breugel, Rubens czy Renoir mają ceny bardzo wysokie. Fotorelację z Targów można obejrzeć u nas na Facebooku, to mówi o wiele lepiej o tym co wystawiają galerie z całego świata. Jak zwykle najwięcej było chyba wystawiających z Ameryki, ale także z Chin oraz oczywiście z krajów i miast Starej Europy: Paryż, Londyn, Dusseldorf. To, co zawsze njbardziej mi się na tych targach podoba i czego wyraźnie brakuje np Bazylei - to spokój i przestrzeń. Nie widać na korytarzach pośpiechu, szybkich kroków - jest wiele miejsc (wśród tulipanów) gdzie można odpocząć, nie wspominając o obszernym barze z szampanem i ostrygami. Stanowiska wystawiennicze są również przestronne, wysokie i często niesamowicie udekorowane. Oczywiście w większości przypadków ściany wyłożone są wykładziną o zdecydowanym kolorze - granat, czerwień burgundzka, nawet czerń. Do tego zwykle punktowe światła na obrazy. Niektóre galerie przywiozły nawet drewniane kasetony i boazerie, którymi były wyłożone ściany standów. Piękny wystrój wspaniale pokreśla urodę obiektów. A w Maastrich zaletą jest różnorodność - dominuje oczywiście malarstwo, ale to galerie nie-malarskie mają najbardziej spektakularne stoiska. Rzemiosło artystyczne, srebra wyczyszczone i wypolerowane oszałamiają. Wszystkie obiekty wydają się być w idealnym stanie, może czasami aż w zbyt idealnym - meble, rzeźby, bibeloty nie mają na sobie grama kurzu. Rozpoznaję starych znajomych - galerię ze sztuką Papui i Nowej Gwinei, stoisko ze średniowiecznymi zbrojami i bronią (wszystko lśni jak nowe ), kącik biżuterii Faberge, stand kolekcjonerskich zegarków oraz dziwnych urządzeń mechanicznych (kompasy, busole i jakieś astronomiczne modele). Po prostu cała historia świata - od egipskich artefaktów, poprzez greckie hełmy i rzymską biżuterię aż do BMW malowanego przez Jeff'a Koons'a. Większość galerii nie wywiesza cen i nie informuje o cenach obiektów sprzedanych. Ceny tych wystawionych bywają oszałamiające - jak 300 tys. euro za litografię Toulouse-Lautreca. Z polskich akcentów - Malczewski (z ceną z innej galaktyki), Abakanowicz i to wszystko, nie licząc kilku pięknych obrazów Canaletta - szczegóły i zdjęcia na Facebooku. Tegoroczne targi podobno stały się ofiarą Vatu na dzieła sztuki , który został w Holandii podniesiony z 7 do 19% (!). Spowodowało to prawdopodobnie istotne zmniejszenie transakcji zawartych na miejscu, a targi stały się raczej miejscem rezerwacji niż sprzedaży, którą można sfinalizować w innym, przyjaźniejszym podatkowo kraju. Co gorsza, władze myślą o pobieraniu vatowskiego depozytu na granicy Unii od galerii spoza wspólnoty - co już zapewne zupełnie dobije targi. Mówi się więc i pisze, że jeżeli polityka fiskalna Holandii się nie zmieni, Tefaf przeniesie się do niedalekiej Brukseli, gdzie towarzystwo jest bardziej międzynarodowe, sytuacja podatkowa umiarkowana i tylko lotnisko bywa zapchane. Pod tym względem Maastricht było podobno idealne, posiadając dość przestronne lotnisko dla prywatnych odrzutowców.
Jest to bardzo fajny rajd po targach w skrócie (dziękuję p. Grzegorzowi Lenczukowi za podesłany link :)
poniedziałek, 21 marca 2011
Nasz najdrożej wylicytowany obraz na marcowej aukcji i jak dotąd, najdrożej sprzedany na aukcjach w Polsce od 2009 r. Prowieniencja, historia, uroda i jakość - wszystkie czynniki razem zawsze będą wróżyć sukces i przyciągać kolekcjonerów
Często bywam pytany, która aukcja - w sensie w kórym miesiącu- jest najlepsza. Zwykle odpowiadam, że mało to zależy od pory roku, a przede wszystkim od oferty - atrakcyjne dzieło można sprzedać nawet w sierpniu. Analizując po ostatniej aukcji daty i wyniki, skłonny jestem stwierdzić, że wiosna jakby sprzyjała rekordom. A może po prostu sprzyja dobrej ofercie. Ostatnia aukcja była wielkim sukcesem, nie ma w tym żadnej fanfaronady, wyniki mówią same za siebie. Obrót (liczony w cenach "młotkowych") wyniósł ponad 2,7 mln, nie przebił naszej rekordowej aukcji z 16.03.2008 (wówczas wyniósł prawie 5 mln), ale był największy od grudnia 2009.
Leon Wyczółkowski, Główka Dziewczyny, olej/deska - z 17 tyś na 83 tyś.
Póki co , praca Makowskiego "Wnętrze" (620 tyś) jest najdrożej sprzedanym obrazem w Polsce na aukcji w tym roku i przebił rekord roku poprzedniego (sprzedany w Agrze obraz Malczewskiego "Zauroczenie" za 530 tyś, znowu w marcu (!) ) Zawsze po aukcji pojawia się wiele razy pytanie dlaczego ? Dlaczego tak dobrze poszło , albo wrecz przeciwnie, dlaczego ten obraz poszybował powyżej oczekiwań, i innego, zdecydowanego faworyta nikt nie tknął? Oczywiście możemy mówić że jesteśmy świetni, mamy markę, nasz team jest zgrany od kilkunastu lat, mamy swoje słodkie tajemnice sukcesu. Gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że może poszło nam tak dobrze, ponieważ jako jedyni nie współpracujemy z Artinfo przy licytacjach. Tak naprawdę, wiele czynników ma w tym udział, a nad wieloma z nich nie ma mamy dużej kontroli - szczęście, przypadek, los, zbieg okoliczności - odgrywa bardzo dużą rolę w działalności domu aukcyjnego. Wydaje mi się, że z wyniku naszej ostatniej aukcji można wyciągnąć dwa główne wnioski : 1. Dzieła o niepodważalnej prowieniencji będą najbardziej doceniane 2. Ceny obiektów muszą być zgodne z oczekiwaniami rynkowymi - czyli po porstu zachęcające do licytacji. O ile punkt pierwszy jest jasny i nie wymaga szczególnego komentarza, to warto więcej powiedzieć o cenach. Jeżeli ktoś przynosi nam obraz do sprzedaży, to zwykle najbardziej interesuje go cena. Często właściciel ma własną ideę ceny, która najczęściej niezbyt jest zgodna z oszacowaniem domu aukcyjnego. Otóż drodzy właściciele obrazów (i innych obiektów aukcyjnych) - jeżeli chcecie by wasz obiekt był sprzedany dobrze, zaufajcie domowi aukcyjnemu (mam na myśli wszystkie domy aukcyjne, nie tylko Agrę). My, którzy sprzedajemy rocznie tysiące obiektów, naprawdę mamy rozeznanie w cenach, mamy doświadczenie w tym, co na rynku jest poszukiwane i co może być docenione. Nie opieramy się na własnym "widzimisię", tylko na obiektywnych danych historycznych - wynikach aukcji wszystkich firm aukcyjnych, naszych doświadczeniach, wypowiedziach kupujących. Jeżeli chcecie dobrze sprzedać obraz, a nie tylko go pokazać na aukcji i w katalogu nie krzywcie się, jeżeli wg domu aukcyjnego wasza idea ceny okaże się za wysoka. I raczej uciekajcie od tych, którzy akceptują waszą cenę bez komentarza, byle tylko wystawić i mieć coś w katalogu. Rozumiejąc tę zależność nasi klienci spoza Polski - wielokrotnie ustalając ceny z włascicielami z krajów Zachodnich widziałem, jak akceptują nasze uwagi i wyceny w myśl dewizy - " you are professional, you know better". Łatwo z resztą samemu wyrobić sobie rzetelny pogląd, lub zweryfikować szcunki domu aukcyjnego - dziś informacja jest wszędzie dostępna - wchodźcie na Artinfo, Artprice - analizujcie ceny, rozmiary, tematy. Potem przyjdźcie do nas - zobaczycie , że po takiej analizie, różnice między naszymi oszacowaniami (jeżeli będą w ogóle), będą niewielkie. Przecież my używamy tych samych źródeł, dodając do tego jeszcze szczyptę wieloletniego doświadczenia. Aby obiekt był dobrze sprzedany, właściciel musi zaakceptować cenę atrakcyjną dla rynku, niejako podzielić się ryzykiem z domem aukcyjnym. Ustalając niską cenę, oczywiście istnieje ryzyko, że obiekt się za nią sprzeda bez licytacji, ale istnieje też prawdopodobieństwo, że atrakcyjna cena przyciągnie licytujących i efekt przerośnie oczekiwania. No cóż, aukcja to nie galeria, tu jest walka, sekundy i emocje iskrzą powietrze na sali. Jeżeli zaś, nie chcecie podjąć ryzyka i zgodzić się na realistyczną cenę, to darujcie sobie sprzedaż aukcyjną w ogóle. Wstawcie obiekt do galerii ( my też przyjmujemy) za swoją cenę i ... czekajcie. Najczęściej doczekacie się telefonu z prośbą o obniżkę. Obiektu z ceną zawyżoną lepiej w ogóle na aukcję nie dawać, bo każdy negatywny rezultat idzie w świat poprzez sieć, zniechęcając nabywców i do obiektu, i do formuły aukcji. Dobry obiekt zawsze się obroni, nawet przy absurdalnie niskiej cenie wyjściowej. Widzieliśmy to kilka dni temu w Niemczech , gdy monumentalny obraz Chełmońskiego wychodząc z 12000 pln (3000 euro) sprzedał się za 990 000 pln. Czy w Polsce osiągnąłby ten wynik wychodząc np z 700 tyś zł ?
Najdrożej sprzedane na aukcjach w Agrze-Art w ciągu ostatnich 3 lat: marzec 2011 - Makowski, Wnetrze - 620 000 - (najdrożej w Polsce) marzec 2010 - Malczewski, Zauroczenie, 530 000 - (najdrożej w Polsce) grudzień 2009 - Brandt, Powrót z łupami , 1 050 000 - (najdrożej w Polsce) marzec 2008 - Wierusz-Kowalski , Awangarda myśliwska - 1 360 000 marzec 2008 - Olga Boznańska, Zadumana - 1 150 000
piątek, 18 marca 2011
Aukcja Agra-Art, 20 marca, poz. kat. 104
Kiedy umarł Jerzy Nowosielski, media dzwoniły do wszystkich (do nas też) z pytaniem, czy ceny jego dzieł pójdą w górę. Oczywiście takie pytanie zawsze się pojawia, ponieważ popularny pogląd mówi, że prace artysty umarłego są cenione wyżej, ponieważ tenże artysta już nic więcej nie stworzy. Wpływ odejścia artysty na ceny jego dzieł niewątpliwie istnieje, nie jest jednak jakoś bardzo spektakularny. Jak pokazują przypadki innych artystów najwyższej klasy rynkowej - Beksińskiego i Dudy-Gracza - kiedy malarz już nie jest z nami, mało kto pozbywa się jego dzieł. Ceny nie rosną jakoś strasznie wysoko i natychmiast, raczej się umacniają i nie spadają.
Zarówno prace Beksińskiego, jak i Dudy-Gracza są coraz rzadsze na rynku. Oczywiście - bez przesady - nie ma jakiegoś szczególnej gorączki i kupowania za każdą cenę - w przypadku B i D-G, czesto nie dochodzi do transakcji, bo jednak ceny mają swoją barierę - ale jest coś ważniejszego niż czysta handlowa wymiana - stałe zainteresowanie. Bardzo prawdopodobne jest, że to samo stanie się z pracami Nowosielskiego - za jakiś czas te olejne staną się rarytasem, a papierowe będą jeszcze chętniej kupowane. Do tego trzeba dodać uporządkowany system autentyfikacji - czyli certyfikaty Fundacji Nowosielskich, z którymi nikt nie dyskutuje i nie podważa. Tym bardziej cieszymy się, że na naszej najbliższej aukcji 20 marca będą wystawione dwie prace olejne artysty: Dziewczyna z lustrem i Plaża tybetańska
poniedziałek, 14 marca 2011
Ostatni miesiąc upłynął nam pod znakiem Tadeusza Makowskiego. Wyprawa do Paryża, po mini kolekcję jego obrazów była dość kontrowersyjną przygodą. O obrazach rodziny Manier możecie przeczytać więcej tutaj . Dla mnie najbardziej fascynująca jest niezmienność, tak różna od naszych polskich historycznych zawirowań. Obrazy Makowskiego, od powstania przebywały w jednym miejscu, jednym mieście - Paryżu. Nawet prawdopodobnie w tej samej, 14 dzielnicy, Montparnasse, gdzie obecnie mieszka p. Manier. W naszym kraju , to było mozliwe chyba tylko w Krakowie.
W środku (w berecie) Makowski, za kierownicą żona malarza Gotkowskiego, z tyłu samochód popycha Stephane Manier. Zdjęcie z archiwum rodziny Manier.
Bardzo ciekawe jest archiwum rodziny Manier, które pokazywał właściciel obrazów - zdjęcia, dokumenty, listy, książki, pamiętniki. Na zdjęciach ludzie z szalonych lat 20 i 30, w rozbawionej Francji. Stephane Manier , przyjaciel Makowskiego, był człowiekiem pióra, rozpolitykowanym i , jak pokazują zdjęcia, lubiącym towarzystwo. Makowski, na jego tle wygląda na dość chłodnego, niemal ponurego ascetę. Zazdroszczę Francuzom tych archiwów, tych setek czarno-białych zdjęć, stert zapisanego papieru. Jestem pewien, że w Warszawie tamtego czasu żyło się bardzo podobnie, polskich odpowiedników Manier było równie dużo i równie intensywnie z życia korzystali. U nas w stolicy został jedynie popiół, a u nich nastepne pokolenia mają co czytać i wspominać. Podobnie z obrazami i dziełami sztuki - we Francji czy Wielkiej Brytanii, fakt że dana kolekcja pozostawała w jednych rękach (i miejscu) przez kilka pokoleń nie jest niezwykły. U nas, dzieła sztuki to mali wędrownicy, bo wojna, bo pożar, bo po wojnie też nie było zbyt ciekawie. Pochodzenie polskich dzieł jest więc zawsze nieco bardziej tajemnicze, istnieją naturalne luki w ich historii. Niestety, przekłada się to również na zaufanie do rynku - ponieważ obraz, który sto lat wisiał u jakiegoś lorda, czy pozostawał w mieszczańskiej rodzinie ma zawsze bogatą dokumentację swojej historii - chociażby będąc w tle na rodzinnych zdjęciach. Przekłada się to również na stan zachowania - wieloletnie, spokojne wiszenie na ścianie co najwyżej obraz przybrudzi, natomiast częste przenoszenie, przechowywanie w niestandardowych miejscach (jak np piwnica), lub zwijanie zostawia ślady. Nie ma się więc co dziwić, że obrazy "nasze" nie mają dziewiczego stanu, a ich historia i pochodzenie często maja luki. Jest jeszcze jedna rzecz, odmienna w naszych warunkach. Przy okazji konferencji prasowej u nas, padło pytanie do p. Manier - "Dlaczego Pan sprzedaje te obrazy?". Odpowiedział naturalnie i swobodnie, że potrzebuje pieniędzy by zrefundować podatek spadkowy i wyremontować posiadłość w Bretanii. Bez patosu, górnolotnych słów i wstydu - normalnie i naturalnie. We Francji wartość materialna dzieła sztuki jest czymś naturalnym i niestety mocno opodatkowanym, jest to naturalny element gospodarki rynkowej. Nikt nie oczekuje darów na rzecz muzeów, za to można za taką darowiznę otrzymać ściśle określoną ulgę podatkową. No cóż, pozazdrościć.
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||