wtorek, 13 października 2009

Jesteśmy po pierwszej aukcji po wakacjach. I oto kilka wrażeń:

 

Dwie Marie z "pazurem":

Dąbrowiecka



Kasprowiczowa

 

 

1. Cenowo oferta nie była na pewno "przegrzana".
Wręcz przeciwnie, była to aukcja niskich cen (wywoławczych). Szczególnie nisko zaczynaliśmy licytację 2 pasteli Witkacego, ale też "nominalnie" nie było drogich obrazów - 230 tyś zaczynał się Malczewski, potem niemal o połowę tańszy obraz Wierusza (140 tyś)

2. Byliśmy zaskoczeni frekwencją przed i na samej aukcji - największą chyba co najmniej od roku. Widać to było w liczbie chętnych, zarejestrowanych do licytacji, jak również w tym ,że sala w Bristolu była wypełniona po brzegi. Pełna sala aukcyjna to naprawdę rzadki widok od kilku lat na polskich aukcjach.

3. Pojawiło się dużo nowych klientów. I dużo z nich zostało zwycięzcami licytacji.
4. Królowymi aukcji zostały niewątpliwie "Marie" - portrety autorstwa Witkacego. Oba obrazy miały nie tylko niepodważalne pochodzenie,
wystawy itp, ale to najważniejsze - pazur.
Pazur to coś, co powoduje, że (prawie) nikt nie przechodzi obok obojętnie, że nawet mało wrażliwa na sztukę dusza zwróci uwagę, że w czasie licytacji pękają ustalone limity.
Oba dzieła Witkacego pazury miały , jakby to dziwnie nie brzmiało - w oczach. Oczy obu Marii były niepokojące, wodzące i uwodzące. Uwodziły i uwiodły. I nic dziwnego.
5. Garść statystyk:
- najdrożej sprzedany: A. Wierusz-Kowalski : 205 tyś
- największe przebicia : "Marie" Witkacego 1:3, grafika Norblina 1:5
- aukcja trwała >2,5 godz (!)
- liczba osób ~100-120
15:03, kole_kcjoner , Wydarzenia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 września 2009

 

To jest pierwszy tekst w nowej kategorii - "ABC Rynku Sztuki". Będę w niej umieszczał artykuły opisujące podstawowe pojęcia i terminy dotyczące przede wszystkim sprzedaży aukcyjnej, wycen, autentyfikacji obiektów i zagadnień związanych z ekonomią.

Na polskich aukcjach przeważnie stosuje się najprostszy schemat .
Aukcja zaczyna się od ceny wywoławczej, kończy się  na cenie uzyskanej - czyli najwyższej zaakceptowanej (lub podanej) przez licytującego.
Obiekt może być sprzedany za cenę wywoławczą, a jeżeli nikt się nie zgłosi, pozostaje niesprzedany.
W systemie anglosaskim wykorzystuje się ukrytą cenę rezerwową oraz estymację.
(Rozróżnienie na polski i anglosaski jest dokonane arbitralnie przeze mnie, głównie z tego powodu, że anglosaski system jest stosowany w USA , UK, ale także w innych krajach Zachodniej Europy, natomiast w Polsce bardzo rzadko. Opisywany dalej system anglosaski stosowany jest m.in. przez Dom Aukcyjny Sothebys)
Cena rezerwowa to zastrzeżona cena, poniżej której obiekt nie może zostać sprzedany. W "polskim" systemie, cena wywoławcza i rezerwowa są sobie równe. W anglosaskim - niekoniecznie, a wręcz rzadko.
Definicja estymacji jest niejednoznaczna - najczęściej oznacza się ją jako przedział w jakim najbardziej prawdopodobnie powinna się znaleźć się cena uzyskana.
Estymacje zwykle wyznacza się na podstawie historycznych notowań dzieł danego artysty, biorąc pod uwagę rodzaj, rozmiar i tematykę dzieła.
Do tego należy jeszcze dodać intuicję i doświadczenie domu aukcyjnego.
Mimo tego pozostawia to jednak duży margines przypadku i często zdarza się , że cena uzyskana "ląduje" gdzieś poza wyznaczonym przedziałem. Stosunkowo celnie można określić przedział estymacyjny dla twórcy popularnego, o dużej liczbie notowań, malujacego podobne tematy - jak Wierusz, Kossak, czy Nowosielski. O wiele trudniej będzie w przypadku autora mało znanego na rynku.
Istotne jest przede wszystkim, czy "strzelanie poza estymacja" występuje masowo.
Jeżeli np na szeregu aukcji,  w danym okresie czasu, wiekszość cen uzyskanych lokuje się poniżej dolnej estymacji, wówczas zwykle jest to oznaką kryzysu, zwłaszcza jeżeli takie zjawisko występuje powszechnie na rynku  - jak np na jesiennych (jesień 2008) aukcjach sztuki współczesnej na Zachodzie.
Cena wywoławcza jest ceną od której rozpoczyna się licytację. Zwyczajowo jest to 1/2 lub 1/3 górnej estymacji.
Prześledźmy zatem anglosaski sposób licytacji.
Licytacja musi się zacząć od ceny wywoławczej, ale często się zdarza, że cena rezerwowa jest od niej wyższa.
Praktycznie oznacza to,że kupujący  najczęściej nie może kupić po cenie wywoławczej, tylko wyższej.
Cena rezerwowa jest ukryta gdzieś między wywoławczą , a dolną estymacją.
Najlepiej pokazać to na przykładzie:
Licytacja zaczyna się od ceny wywoławczej =1000, estymacja wynosi 2000-2500.
Zgodnie z zasadą przytoczoną wyżej, cena rezerwowa musi znajdować się gdzieś między 1000 (wywoławcza) a 2000 (dolna estymacja).

Schemat graficzny ustawienia cen w systemie anglosaskim

Co dzieje się dalej ?
1. Jeżeli jest kilku przeciwników -  licytacja kończy się powyżej rezerwy - obiekt sprzedany temu kto zaoferował (lub zaaakceptował) najwyższą cenę - czyli jak w wariancie "polskim".
2. Jeżeli jest jeden oferent , akceptuje cene wywoławczą i stop !
Mamy wówczas problem - bo nie możemy sprzedać poniżej rezerwy, a ktoś jednak licytacje rozpoczął.
Wówczas aukcjoner licytuje sam z jedynym oferentem. Jeżeli przekracza cenę rezerwową - wówczas oczywiście przestaje licytować i oferent zostaje zwycięzcą po cenie rezerwowej.

Jeżeli jednak oferent nie "dociągnie" do ceny rezerwowej, czyli zostanie przebity przez aukcjonera poniżej jej poziomu, wówczas obiekt zostaje niesprzedany, o czym aukcjoner informuje publicznie - zwykle używa terminu "PASS".
W klasycznym modelu  aukcjoner w takiej sytuacji nie przybija młotkiem - bo uderzenie potwierdza sprzedaż, która w tym wypadku nie zachodzi.

W wynikach aukcji zagranicznych czasami można zauważyć w rubryce "cena uzyskana" termin : BOUGHT IN. Oznacza to ni mniej , ni więcej, że licytacja obiektu zakończyła się poniżej ceny rezerwowej, obiekt pozostaje więc w domu aukcyjnym (bought in - przebity i symbolicznie "kupiony" przez dom aukcyjny) .
Dlaczego w takim razie aukcjoner w ogóle "ciągnie" jednego oferenta ?
Mógłby przecież zakończyć aukcję od razu widząc, że jest tylko jeden chętny i pozostawić obiekt niesprzedany na poziomie ceny wywoławczej. Wówczas jednak nie dałby mu szansy  by kupić obiekt.
Aukcjoner nie wie bowiem, jaki limit oznaczył sobie licytujący, być może większy niż cena wywoławcza, i dlatego rozpoczynając licytację jako jedna z jej stron, daje szansę kupna. Z drugiej strony właściciel obiektu również mógłby mieć pretensję o zbyt wcześnie zakończona licytację.
Aukcjoner prowadząc licytacje z jednym oferentem działa korzystnie na rzecz obu stron.
3. Jeżeli nikt się nie zgłasza przy cenie wywoławczej, aukcjoner często ją obniża, starając się zachęcić potencjalnych kupujących do wejścia w licytację. Ryzykuje niewiele, ponieważ obowiązuje go trzymanie się ceny rezerwowej, a nie wywoławczej - w skrajnych przypadkach mógłby zacząć nawet od złotówki .
W systemie anglosaskim nie wystarczy więc wygrać licytację z konkurentami na sali, trzeba jeszcze przekroczyć cenę rezerwową.
Po co to wszystko ?
Dla nieprzygotowanego uczestnika aukcji taki system może wydawać się oszustwem, krętactwem i w ogóle jakimś szwindlem.
No bo jak:  niby licytuję, mam nawet przeciwników , w końcu wygrywam i nagle okazuje się ,że jednak nie kupiłem.
Albo jeszcze gorzej - widzę , że jestem jedynym oferentem i nagle aukcjoner mnie ordynarnie "ciągnie" podbijając moją cenę z samym sobą.
Idę do domu, z przeświadczeniem, że  więcej na aukcję tu nie przyjdę, bo to wszystko jakieś podejrzane jest i pokręcone.
Takie były reakcje ludzi u nas, w Polsce, kilka ładnych lat temu, gdy niektóre domy aukcyjne próbowały ten system wprowadzić. Niestety nie dało sie - być może właśnie zabrakło jednoznacznej i wyraźnej informacji o regułach takiej formy licytacji.
Podstawą działania systemu anglosaskiego (i z resztą każdego)  jest to ,że obie strony doskonale wiedzą o co chodzi i akceptują warunki tej specyficznej gry .
Rozwój aukcji internetowych jak Allegro i Ebay na szczęście już wprowadził do masowej wiedzy pojęcie ukrytej ceny rezerwowej.
Wiele osób w ostatnich latach samemu uczestniczyło w licytacjach na Zachodzie i zobaczyło, jak ten system działa i że jest tam standardem. Ktoś protestujący otwarcie przeciwko tym zasadom na londyńskiej aukcji zapewne uznany by został za niespełna rozumu.
Jakie korzyści daje aukcja w systemie anglosaskim?
W poszukiwaniu rezerwy
Kupujący nie wie gdzie jest cena rezerwowa, za którą może kupić obiekt, ponieważ jest ona ukryta gdzieś między ceną wywoławczą, a dolną estymacją. W niektórych przypadkach może być  np jedno postąpienie powyżej wywoławczej. Ponieważ cena wywoławcza jest zwykle w tym systemie niska, więc zawsze warto spróbować.

w naszym przykładzie:
cena wywoławcza:  1000
estymacja:  2000-2500
cena rezerwowa może być zarówno 1000, 1100  jak i 1900, 2000.
przypadek, gdy cena rezerwowa jest tuż za wywoławczą

Kupujący ma też swój limit powyżej którego nie pójdzie, z drugiej strony aukcjoner też nie sprzeda poniżej rezerwy.
Emocje, emocje, emocje
Zasadniczą zaletą systemu dla sprzedającego jest to ,że powyższe reguły zachęcają kupujących do "testowania", czyli do rozpoczęcia i wejścia w licytację. Nie zniechęcają, wręcz odwrotnie, raczej kuszą ( a nuż rezerwa jest zaraz po wywoławczej ?..).
Trzeba też pamietać, że każda licytacja wywołuje określone emocje u jej uczestników. Bardzo mało jest osób, które biorąc udział w licytacji zachowują zimną krew.
W końcu przebijanie ofert ma coś z atawistycznej walki, a uwzględniając publiczny charakter aukcji , wręcz z pojedynku na arenie.
Trzeba publicznie się zadeklarować, wiedząc, że patrzą nie tylko przeciwnicy, ale i widzowie. Machanie numerkiem jest przecież symboliczym zadawaniem ciosów.
Emocje powodują, że im bardziej dynamiczna  licytacja, tym większe prawdopodobieństwo , że limity nabywcy będą się przesuwać (" a może jeszcze raz... no ostatni raz..") . Znam to z autopsji, ponieważ wiele razy licytowałem z klientami przez telefon i ten "ostatni raz" często się powtarza.
Im wiecej osob wchodzi do licytacji, tym biegnie ona szybciej.
Potencjalny nabywca ma więc podwójny stres - dużą liczbę przeciwników i coraz mniej czasu do namysłu. reaguje więc coraz bardziej odruchowo.
Anglicy nie na darmo mają doświadczenie 300 lat prowadzenia aukcji.
To co dzieje się na większości polskich aukcji działa wręcz odwrotnie - cena wywoławcza  równa jest rezerwowej  i zwykle od razu  jest na poziomie górnej estymacji -  brakuje tego smaczku by "potestowac", sprawdzić przedział. Wiele osób myśli - "ee tam za drogo dla mnie, nie będę próbował".
Powszechne zaś licytowanie w dół jest absolutnie nie w interesie sprzedającego, mimo , że kończy się tzw. transakcją warunkową  (czyli ,że nabywca zgłasza niższą cenę,do akceptacji właściciela).
W takim przypadku jednak wychodzimy już z całej procedury aukcji, wchodzimy w sferę zimnych negocjacji, gdzie pozycja sprzedającego jest z zalożenia bardzo niekomfortowa  (bo , nabywca ma argument - "no obraz się nie sprzedał, to musi być taaaanio !') . W takim wypadku nawet ślad wspomnienia z emocji aukcyjnych nie pozostaje, tylko brutalne zbijanie ceny, w komforcie braku konkurencji.
Zobaczmy, jak zupełnie inaczej jest w wypadku gdy aukcja nie kończy się sukcesem w systemie anglosaskim.
Jeżeli była licytacja i cena nie osiagnęła ceny rezerwowej to jednak wiemy, że:
- byli jacyś chętni na nasz obiekt
- cena obiektu "dojechała" do pewnej , konkretnej granicy, mimo , że poniżej rezerwy.
W ewentualnych negocjacjach, nabywca ma o wiele lepszą pozycję negocjacyjną niż przy licytacji w dół. W końcu byli jacyś zainteresowani, jest poziom ceny ustalony publicznie, w takim wypadku negocjującemu nabywcy jest trudniej zbijać cenę.
Cena osiagnięta, daje też informację sprzedającemu np , że "przeholował" w swoich żądaniach, ale daje mu też konkretną wartość jaką wyznaczył rynek. To jest bardzo ważne, bo jest sygnałem dla sprzedających o potencjalnej wartości rynkowej.
Jeżeli chodzi o korzyści dla domu aukcyjego, to  są one oczywiste w przypadku modelu anglosaskiego. Po pierwsze, ceny uzyskane zwykle są wyższe w wyniku emocji wywołanych przez licytację. Po drugie, dom aukcyjny równiez zyskuje informację o poziomie rynkowych cen, nawet gdy nie dochodzi do sprzedaży.
Rynek staje się przez to bardziej przejrzysty - widać co poszło, co nie poszło i najważniejsze gdzie są bariery. Widać też za ile "nie poszło". Ogromnie pomaga to w relacjach z wstawiajacymi obiekty w przyszłości .
Ciągną ceny
Jednym z zarzutów, które najczęściej słyszę jest ten ,że domy aukcyjne wyciągają ceny - czyli sztucznie podbijają licytację. Oczywiście jest to mit. Domy aukcyjne przyjmują obrazy w komis, zawsze są jeszcze dwie strony, właściciel i nabywca. Gdyby dom aukcyjny "holował" licytację, to co by się stało gdyby przeholował ?
Obiekt nie sprzedany, właściciel wściekły - dom aukcyjny traci prowizję, właściciel nie sprzedaje obrazu , mimo, że w świat idzie wynik. Nikt nie zyskuje.
Żaden z kolei dom aukcyjny nie pozwoli licytować właścicielowi swojego obiektu wedle uznania - ponieważ stanowi to zbyt duże ryzyko, że utraci prowizję, kiedy ten ostatni "przeholuje".
To co czasami widać na polskich aukcjach, kiedy ewidentnie na jednej aukcji obraz niby jest sprzedany, a pojawia się zaraz na drugiej , w innym domu aukcyjnym z mniejszą ceną - to nie jest  efekt ciągniecia ceny, tylko utajony model anglosaski.
Utajony - ponieważ zapewne dom aukcyjny bronił ceny rezerwowej ustalonej z włascicielem. Oczywiście taka praktyka to strzelanie sobie w stopę, bo postronny widz musi odebrać to jako oszustwo, może nawet wyciąganie ceny . A wystarczy tylko czytelnie przedstawić reguły i wszyscy będą zadowoleni.
SŁOWNIK TERMINÓW:
  • Cena wywoławcza - cena od której zaczyna się licytacja. W systemie anglosaskim może być wręcz arbitralnie ustalana przez aukcjonera.
  • Cena rezerwowa - cena za którą może być sprzedany obiekt, zwykle pozostaje  ukryta. W Polsce cena rezerwowa najczęściej jest równa wywoławczej.
  • Estymacja - jest to przedział w jakim najbardziej prawdopodobnie powinna znaleźć się cena uzyskana. Wyznaczany jest dość arbitralnie przez Dom Aukcyjny, na podstawie historycznych notowań, intuicji i wyczucia.
  • Postąpienie - kwota o którą zwiększa się każda następna oferta w trakcie licytacji. Np w licytacji: 100, 120, 140, 160 postąpienie wynosi 20. Ustalane jest zwykle albo jako procent (np 10%) lub w ustalonych przedziałach (np od 100 do 1000 wynosi 10)
  • PASS - mówi aukcjoner gdy licytacja nie osiągnęła ceny rezerwowej (obiekt nie zostaje sprzedany)
  • BOUGHT IN - określenie występujące w wynikach aukcyjnych, w sytuacji gdy po licytacji  nie osiągnięto ceny rezerwowej.
wtorek, 07 lipca 2009
Lato, czyli lipiec, sierpień to w domach aukcyjnych czas robienia porządków.
 Na rynku jedynie ostatni twardziele robią w tym czasie aukcje, natomiast reszta oprócz wyrzucania śmieci, porządkowania starych katalogów, czy remontów "substancji" galerii koncentruje się na sprzedaży galeryjnej.

Ostatnie pół roku na rynku sztuki ( w Polsce i na świecie) nie było rewelacyjne, przy czym im młodsza sztuka tym gorzej.
Jeżeli aukcje idą zdecydowanie słabiej , to domy aukcyjne póbują tym bardziej sprzedawać bez aukcji. Organizacja aukcji to koszt, o kórym nikt z wyjątkiem organizatorów nie pamięta, wielokrotnie wyższy od kosztu sprzedania obiektu w galerii.
Domy aukcyjne sprzedając "z ręki" korzystają w pełni ze swego potencjału - baz danych klientów kupujących i kolekcjonerów, rozpoznawalności marki, zaufania zbudowanego przez dotychczasową działalność. Mimo,że aukcje kosztują, to ten koszt nie idzie na marne, ponieważ uderzenie marketingowe domu aukcyjnego jest o wiele większe niż galerii - wysyłanie katalogów przy każdej aukcji, ilość klientów dokonujących transakcji, ilość obiektów jaka "przewija" się przez rok - to wielki potencjał.

W czasach posuchy, gdzie trzeba o wiele bardziej napracować się przy "dopięciu" transakcji informacje "co kto posiada" - albo "co kto kiedyś licytował" są bezcenne. 
Dodatkowym aututem jest informacja o obiektach, która po aukcjach zwykle zostaje w domach aukcyjnych albo w postaci katalogów, albo w Internecie. Dzięki sieci, łatwo jest znaleźć np obraz, który nam kiedyś umknął na aukcji, a dom aukcyjny zapewne wie kto go kupił, albo co się z nim stało. 

                      

Pankiewicz

Józef Pankiewicz, Modelka siedząca na krześle
obecnie z ceną 150 000 zł (poprzednia cena 210 000 zł)






W lecie jest też czas by pokazać jeszcze raz to co kiedyś na aukcji się nie sprzedało - tym razem bez presji czasowej licytacji, często z obniżoną ceną. Dodatkowo, można znaleźć chwilkę by wpaść i obejrzeć dzieło "naocznie". Nikt nikogo, nie goni - w końcu lato jest :).

U nas też - wprowadzilismy do naszej galerii online kategorię "obiekty o obniżonej cenie" - można tam znaleźć prace, kótrych ceny zostały zmniejszone od kilku do nawet kilkudziesięciu procent.
13:03, kole_kcjoner , Wydarzenia
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 kwietnia 2009



Nawiązaliśmy współpracę z Artfact/Invaluable.

Artfact to jeden z tzw integratorów, czyli serwisów gromadzących wyniki aukcji oraz publikujących oferty nadchodzacych aukcji - podobnie jak Artnet czy Artprice. 
Artfact jest może mniej znany w Europie, ponieważ jest firmą amerykańską, ma jednak zaletę polegajacą na współpracy z mniej znanymi domami aukcyjnymi z USA i Kanady. W 2007 r Artfact przejął Invaluable - swój odpowiednik w Wielkiej Brytanii, co wzbogaciło bazę firmy o klientów europejskich.

Artfact od początku 2009 przejął organizowanie aukcji live od Ebay  (który zrezygnował z prowadzenia tego typu aukcji w końcu 2008 r). Obecnie Artfact oferuje zintegrowany pakiet promocyjny swoim partnerom - czyli promowanie aukcji oraz udostępnianie systemu do aukcji w czasie rzeczywistym.

Agra ma ( i będzie dalej używać) swój własny system aukcji live dla polskich użytkowników, natomiast Artfact będzie udostępniał moduł angielskojęzyczny. Na dodatek zyskujemy dostęp do ok. 6 mln potencjalnych klientów . Oprócz Agry (jedyne z Polski) z Artfact współpracuje m.in. Dorotheum (Austria), Koeller (Szwajcaria) czy Tajan (Francja).

Co ciekawe, Artfact umożliwił nam licytację w naszych kochanych złotówkach :).

W przypadku aukcji sztuki dawnej, to i tak jest raczej teoretyczny eksperyment, ponieważ prawo zakazu wywozu skutecznie odcina nas od klientów spoza Polski. Co prawda są  już jakieś jaskółki zmian i może wreszcie jakoś zostanie to "po europejsku" uregulowane. 

 Z drugiej strony, jest to na pewno szansa dla sztuki współczesnej. która jest tania dla strefy "eurodolara", nawet w tych kryzysowych czasach.

16:47, kole_kcjoner , Wydarzenia
Link Komentarze (1) »
piątek, 10 kwietnia 2009

(na podst obrazu Mieczysława Janikowskiego)
14:03, kole_kcjoner , Wydarzenia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 stycznia 2009
Co mi przychodzi do głowy jak myślę o roku 2008 ? 

Otóż tak:

Ogólnie - dla Agry to był bardzo dobry rok, a właściwie jego pierwsza połowa. Gdyby druga była tak dobra jak pierwsza, to pewno byłby to rok 20-lecia . 
Do wakacji było fantastycznie w porównaniu do lat poprzednich, ale potem, od października "zaczęły się schody". Co prawda nie był to głośny upadek z łomotem, tylko delikatne obsunięcie, ale jednak kierunek nie pozostawia wątpliwości - w dół.



To był zdecydowanie rok sztuki dawnej. 
W 2008 roku poszukiwano przede wszystkimi dzieł sztuki dawnej , dekoracyjnych i tanich. Jeżeli takowe trafiało na aukcję - wówczas zwykle licytacje kończyły się na zaskakującym poziomie. Dzieła wysokiej klasy i o wysokich cenach, szczególnie w końcówce roku nie były rozchwytywane jak ciepłe bułki. 
W grudniu 2008 poczuliśmy zimny oddech kryzysu - mimo bardzo dobrej oferty nie sprzedały się obrazy Siemiradzkiego, Brandta, Wyczółkowskiego. Być może poziom cen okazał się w tym wypadku decydującym czynnikiem, bo 6 miesięcy wcześniej sytuacja wygladałaby zupełnie inaczej.
 


W sztuce współczesnej na aukcjach w 2008 było raczej minorowo.
Nie ma co się oszukiwać, jak to czytam w różnych publikatorach ( na szczęście nie wszystkich) - że sztuka współczesna i to najmłodsza ma się dobrze. Otóż nie ma się dobrze i będzie się miała dalej źle, im młodsza tym gorzej.
Oczywiście mój wniosek wynika  (i dotyczy) z tego co widziałem w 2008 r na aukcjach. Kiedy rozmawiam ze znajomymi galerzystami, to mówią, że może nie jest fantastycznie, ale całkiem dobrze i nawet polepsza się z roku na rok. Prawdopodobnie są to jednak zupełnie odmienne dwa światy - aukcje i sprzedaż galeryjna -  dość mocno rozłączne.
Są artyści współcześni , którzy funkcjonują w obiegu galeryjnym, ale nie pojawiają się na aukcjach. Ci co się pojawiają, raczej nie mają oszałamiających wyników.
Aukcje nie są tym co artyści współcześni lubią najbardziej, ponieważ poziom cen osiągany na licytacjach jest rozczarowujący. Dlaczego tak się dzieje to dłuższa historia - można o tym m.in. przeczytać w Przewodniku Kolekcjonera ArtbazaaruPrzewodnik to IMHO jedna z nielicznych książek na rynku o sztuce najnowszej, którą można przeczytać, bo jest napisana prosto i komunikatywnie.

Z drugiej strony , obrazy dobrych klasyków współczesności są obecnie jak cenne perły - pojawiają się rzadko, albo z cenami zaporowymi (i wówczas się nie sprzedają), albo z cenami atrakcyjnymi i wówczas mamy licytację jak się patrzy - jak w przypadku  Mikulskiego , "Dziewczyny ze szpilką " w listopadzie 2008. 

Bardzo silną rolę gra cena - obrazy niedrogie, znanych nazwisk i wizualnie atrakcyjne są chetnie kupowane - np Dominik, Dobkowski, Tarasin. 
Jak zwykle królem pola pozostaje Nowosielski - którego najlepsze dzieła przekraczają już  200 tyś, ale przede wszystkim o jego sile może świadczyć popyt na drobniejsze prace - rysunki, serigrafie, akwarele czy tańsze obrazy olejne. 

Nowosielski dalej pozostaje rozpoznawalną marką , która nie jest już szczególnie elitarna - każdy chce mieć coś od Mistrza, a jeżeli nie stać go na "Akt w czepku" - to chociaż ikonkę, akwarelę czy nawet serigrafię.
 Moim zdaniem to szczególnie świadczy o rynkowej sile tego nazwiska. Podobnie dzieje się z Kantorem - chociaż jego obrazy są trudniejsze w odbiorze, więc coraz trudniej sprzedać Informele, natomiast bez problemu znajdują sie nabywcy na prostsze formy.

Bardzo podobał mi się wywiad w Wyborczej z Łukaszem Gorczycą  z Rastra - gdzie bardzo realistycznie podsumowuje ostatni rok. Wspomina tam o presji jaką na najmłodszych malarzy wywierają podsycane przez media informacje o karierach polskich twórców na Zachodzie. Nic dziwnego ,że mamy zalew "postsasnali".
W 2008 r pojawili się i zamieszali Krasnale. Można było dzięki temu zobaczyć jak wiele emocji rodzi dyskusja o sztuce.  Fora internetowe "ociekały krwią" :)


Co będzie w 2009 ?

Paradoksalnie tak bardzo wiele się nie zmieni. 

Zapewne pojawi się dalsza ostrożność w zakupach drogich dzieł, nawet klasa dzieła nie zrekompensuje jego wysokiej ceny. Nabywcy będą dość dokładnie analizować ceny historyczne, dlatego artyści nie pojawiający się na aukcjach będą w gorszej sytuacji. Dewizą rynku już jest " jest kryzys , więc ceny muszą spaść".

Nie ma też powodu by jakoś strasznie dramatyzować. Polski rynek sztuki ma już 20 lat, staje się coraz bardziej okrzepły i stabilny. Stała liczba nowych klientów od kilku lat pojawiająca się na aukcjach to największy kapitał. Budowane przez media zainteresowanie sztuką również procentuje - w końcu coraz więcej ludzi widzi w sztuce nie jakieś dziwadło dla wariatów, tylko przyjemną i nobilitująca dziedzinę życia. Kupowanie dzieł sztuki staje się przyjemnością wielu, nie tylko finansowych elit, bo też Polacy wzbogacili się przez 20 lat, nie ma co tego ukrywać.

 Kryzys zapewne dotknie sztukę współczesną oraz najdroższe dzieła, bo jak na razie w tych dziedzinach jest najmniej klientów . Natomiast "sztuka środka", zarówno dawna i nowsza, nadając siłę rynkowi , pozwoli nam przetrwać globalną obniżkę koninktury.

23:20, kole_kcjoner , Wydarzenia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 grudnia 2008


Zawsze pod koniec roku staram się zrobić podsumowanie ostatnich 12 miesięcy, takie bardziej finansowe niż teoretyczne. Ponieważ dopadła mnie choroba - ( ospa w dojrzałym wieku to duże wyzwanie dla samokontroli drapania :), więc zapewne w okresie świątecznym coś takiego powstanie jak w zeszłym roku.

A tymczasem, chciałbym pozdrowić wszystkich, którzy tu zaglądają i czytają. Oby Święta upłynęły Wam w spokoju i odpoczynku, rozsądnym obżarstwie i wyciszającej sjeście pod choinką.
No i pamiętajcie, że dzieło sztuki jako prezent, to nie jest obciach tylko coraz bardziej cool :)
Konrad
16:35, kole_kcjoner , Wydarzenia
Link Komentarze (1) »
sobota, 13 grudnia 2008

Radia trzeba słuchać, nie tylko z internetu można się czegoś dowiedzieć. Wieczorkiem w piątek był w Tokfm wywiad z rzecznikiem Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie (nazwiska nie pomnę). Otóż ten Pan powiedział, że rzeczone Muzeum zakupiło od spadkobiercy Aliny Szapocznikow 3 rzeźby za sumkę 500 tyś zł. Ponieważ Panią Dziennikarkę (H. Zielińska) nieco zatkało (co nawet można było uchem usłyszeć), Pan dodał, że jeszcze w tej kwocie zmieściło się 11 rysunków Artystki.

Pani Dziennikarka, jak to na IV władzę przystało zaczęła męczyć Pana Rzecznika - zadając cokolwiek niewygodne pytania - a dlaczego tak dużo? Dlaczego akurat tyle? I kto to wycenił ?

Pan Rzecznik ( co również uchem złowiłem) poczuł się nieco niekomfortowo, odpowiadając, że no artystka wielka jest, no i poza tym posiada wartość wg zagranicznego rynku sztuki. A kwota dlatego 0,5 mln, bo spadkobierca tyle zażądał.

Coś mnie zastanowiło. Sprawdziłem - na aukcjach na świecie rzeźby Szapocznikow się nie pojawiały, a jeżeli już to w cenach kilku tysięcy euro. Rysunki - wg cen rynkowych to kilka do góra 10 tyś zł osiągały na polskich aukcjach (tutaj Szapocznikow w Artinfo).

Rzeźby, wg tego co pokazuje Artinfo, to rząd 30-50 tyś.

Jeżeli z tych 500 tyś odejmiemy te 100 tyś na te 11 rysunków, to zostanie nam ok 130 tys na jedną - czyli ok. 33 tyś euro = cena galeryjna rzeźby Abakanowicz z ostatnich lat (Galeria z Dusseldorfu, na targach w Maastricht '08 ).

Jak zwykle ktoś powie mi , że się czepiam, że dzieło dziełu nierówne, że aukcja to co innego, a wartość sztuki to nie matematyczne wyliczenia. Otóż czepiam się, ale nie do końca cyfr. Czepiam się standardów w jakich działa Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

W tej samej rozmowie w Tokfm, Pan Rzecznik sam przyznał, że Muzeum kupuje dzieła od członka Rady Programowej (czy jakiejś innej, w każdym razie mającej za zadanie kontrolowanie Muzeum)  i że jest to nieco sprzeczne z ogólną etyką (chodziło o Abakanowicz).

I Szapocznikow, i Abakanowicz to wielkie nazwiska polskiej sztuki. Zapewne ceny rynkowe Szapocznikow dojdą do kwot płaconych przez Muzeum, ale obecnie to rynkowe na pewno nie są.

Z drugiej strony, jeżeli Muzeum płaci tyle pieniędzy, to jest toteż sygnał dla rynku, że dzieła tej artystki są wiele warte, bo zakupił je Autorytet - i to zakupił, a nie otrzymał za darmo. (No w sumie, to kupiliśmy wszyscy :), oni tylko zadecydowali).

I to może być bardzo dobry sygnał dla rynku sztuki współczesnej, dla kolekcjonerów i artystów. Jeżeli MSN będzie jawnie , z odkrytą przyłbicą kupować dzieła artystów współczesnych, pokazując sumy jakie zapłaciło i logicznie to uzasadniając - to pojawi się być może realny, niezależny  Autorytet, którego zdaniem będą kierować się prywatni kolekcjonerzy.

Wiem tyle o MSN co poczytam w gazecie, albo w necie. Jak na razie to nie jest zbyt pozytywne wrażenie.  Nie wiem co zostało podarowane, co kupione i za ile. Mam wrażenie , że pojawiła się nowa, nieco arogancka "świątynia sztuki" dla wtajemniczonych.
Gdybym nie słuchał radia w piątek wieczorem, zapewne nie dowiedziałbym się o zakupie Szapocznikow (tzn o kwocie zakupu).

Ten zakup można zinterpretować z dwóch pozycji:

1. Muzeum kupując rzeźby za cenę dużo wyższą od rynkowej, uznaje, że Artystka jest tego warta i jej rola jest doceniona zarówno w historii kultury jak i na rynku. Daje tym samym sygnał kolekcjonerom, że warto zbierać jej dzieła, bo wartość rynkowa będzie rosła. Dalej - warto kierować się działaniami MSP bo istotnie będą wpływać na rynek.

2. Muzeum przepłaciło bo zapewne ktoś na tym skorzystał i stoi za tym układ. Układ, jak można dowiedzieć się z kilku blogów w necie jest wszędzie tam gdzie wydaje się państwowe pieniądze na sztukę. Skoro ten zakup pachnie przekrętem, to cena jest nadmuchana. Daje to sygnał dla kolekcjonerów, że po pierwsze MSP to żaden autorytet tylko układ i "kręcenie lodów", a cała ta sztuka nowoczesna to oszustwo.

Dla wszystkich byłoby lepiej by wygrała interpretacja nr 1.

Niestety, aby to osiągnąć potrzebna jest przejrzystość działań i rzetelne uzasadnienie. A mam wrażenie, że MSP uznało ,że autorytet już ma bo ma Muzeum w nazwie.

16:06, kole_kcjoner , Wydarzenia
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 grudnia 2008
Teraz najwyraźniej modnie jest pisać o Krasnalach (Krasnhalach ?). Wszyscy piszą odkąd na aukcji charytatywnej obraz The Krasnals (czyli prześmiewców Sasnala i w ogóle sztuki najnowszej) został najdrożej wylicytowany. Uch, jakby kto kijem w gniazdo os przyłożył.

Przyznam się , że z rozbawieniem obserwuję walkę na łamach różnych blogów (Krytykant, Straszna sztuka) krytyków sztuki, którzy spierają się o tą tajemniczą grupę.
W sumie sekunduję Krasnalom, przypuszczam ,że oni śmieją się najbardziej. Chcieli zapewne obnażyć ulotność wartości artystów uznanych jak Sasnal, czy Uklański, ale wyszło im zupełnie coś innego.

Oczywiście malowanie w manierze Sasnala wielką sztuką nie jest dla zdolnego artysty, a zdolnych u nas trochę jest. Skopiowac można również Nowosielskiego, Fijałkowskiego, cóż nawet Józefa Brandta. Tylko co z tego ? Nowosielski i tak był pierwszy, Sasnal w sumie też. To nic wielkiego, malowanie w manierze wielkich chyba zawsze istniało. Jeżeli Krasnale chciały pokazać, że mogą malować jak Sasnal, to im się udało, ale deprecjonowanie jego pozycji w ten sposób jest nieskuteczne.  Liczy się jednak bardziej pomysł niż wykonanie. Stażewskiego też paru młodych naśladuje i co ? Ślepa uliczka.

W sumie to nawet plus dla Sasnala - jak się go kopiuje, kompiluje i naśladuje. Dlatego być może pojawiają się hipotezy że sam WS jest Krasnalem :)

Jest czy nie jest, Krasnalowi wyszło jedno - to,że cała ta wielka i modna krytyka zajęła się nim na poważnie, że się o nim zrobiło głośno, że publikatory piszą i uznani ("Obiegowi krytycy")  się nim zajmują, z takim ładunkiem emocji. 
A dlaczego ? No, wiadomo że chodzi o kasę, o kasę Panowie i Panie. Czytając blogi i komentarze, odnoszę wrażenie, że najbardziej rozwścieczyło środowisko te 31 tyś zł, jakie "śmiał" obraz Kransala osiągnąć na aukcji. Prześmiewca brukający nagle zyskuje potwierdzenie rynkowe, "wykasza" Abakanowicz i Maciejowskiego. No, naprawdę , jak on śmiał ! 

Cóż, taki świat, taki rynek. Absolutnie uważam, że sztuka to towar, może cokolwiek luksusowy i niestandardowy, ale podlega prawu popytu i podaży. Towar ten w mocno ograniczonym zakresie podlega sugestii krytyków, co tym ostatnim jest trudno czasami zaakceptować. No, ale jak to zawsze powtarzam, oni chyba raczej nie kupują sztuki.

Żeby było śmieszniej , Krasnal dał obraz na aukcję Owsiaka ... i zapewne padnie kolejny rekord !. Już się ciesze na myśl o lekturze blogów  "obiegowych" krytyków , jak się ten obraz sprzeda np. za 100 tyś :)

A tu kilka linków dla zainteresowanych więcej tym tematem:
21:24, kole_kcjoner , Wydarzenia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 listopada 2008

Jesteśmy w Europie, zaraz będziemy mieli euro w kieszeni, a w kwestii wywozu dzieł sztuki - jak za najgłębszej komuny albo i jeszcze gorzej. Po wejściu Polski do strefy Schengen wszyscy zauważyli , że granice praktycznie zniknęły - niestety dla dzieł sztuki dalej istnieją, chociaż na granicach hula wiatr w pustych budkach strażników.

Nasze prawo w tej dziedzinie to ciekawostka archeologiczna - niestety dla wszystkich, którzy zajmują się rynkiem sztuki - domów aukcyjnych, galerii a nawet żyjących artystów to rzeczywista bariera w codziennej działalności. Szczególnie w epoce globalizacji i internetu.

 
Powszechnie wiadomo,że nie można wywozić sztuki dawnej. Dawniej tej sprzed 1945 r , ale wg obecnie obowiązującego prawa - starszej niż 55 lat  .  Dotyczy to więc już dzieł powstałych w roku 1952 - wczesnego Kantora na przykład .

nowosielski
 
Ta abstrakcja Nowosielskiego z 1950 r "podpada" już pod ustawę ponieważ obraz ma więcej niż 55 lat.

Nie otrzymamy więc "zaswiadczenia o braku pozwolenia na wywóz" natomiast "pozwolenie na wywóz stały" otrzymamy (zapewne)  za 25% wartości i po kilku tygodniach. 







Na dodatek, każde dzieło sztuki, nawet zrobione przed godziną, musi mieć papier - zaświadczenie, że nie podlega zakazowi wywozu. Ta bzdura jest największą przeszkodą - wyobraźcie sobie galerie do których przychodzą turyści, chcą kupić obrazek i wywieźć. A tu trzeba czekać na papier , jeden dzień przynajmniej, a ponieważ raczej zwiedza się zagraniczne miasta w weekendy to zwykle jest to kilka dni.
 
I jeszcze niech nikogo nie zwiedzie teoretyczny brak granic. Jeżeli lecimy samolotem , albo wysyłamy dzieło kurierem - wszystkie służby są w pogotowiu - Schengen, nie Schengen ale papier musi być.
 
Stowarzyszenie Antykwariuszy Polskich zaproponowało zmiany do ustawy.  W skrócie miało być tak ,że do wartości 10 000 euro nie wymagane by były żadne zezwolenia,  a do określenia wartości wystarczyłby rachunek z galerii. Dla domów aukcyjnych i dużych galerii ten poziom kwoty i tak byłby mało praktyczny, ale zawsze coś. Przede wszystkim liczyło się uproszczenie, żeby było wreszcie prawie normalnie jak w innych krajach.

No, ale niestety - właśnie projekt został odrzucony przez sejmową komisję o czy można przekonać się tutaj: http://orka.sejm.gov.pl/proc6.nsf/opisy/101.htm.
Na szczęście, jak można przeczytać z dokumentów sejmowych (bełkot sprawozdań jest poważnym wyzwaniem intelektualnym) - z powodów proceduralno-kompetencyjnych (czytaj: walka o władzę na poziomie regionalnym między partiami), ale to nie zmienia faktu, że dalej będziemy się kręcić w błędnym kole. Prawdopodobnie jeszcze przez następny rok.

 
Koronnym argumentem za restrykcjami przy wywozie, był zawsze argument o ochronie dorobku kulturalnego. Problem tylko ,że w 90% przypadkach można wywieźć obiekt starszy niż 55 lat po uiszczeniu 25% wartości. Żeby było śmieszniej, to te pieniądze wpłaca się do lokalnego urzędu dzielnicy (przynajmniej tak jest w Wwie), do jednego gara podatków lokalnych, a nie np na jakiś fundusz związany z kulturą.
Poza tym - co to znaczy ochrona dorobku przez zakaz wywozu? Czy jak dzieło nie zostanie wywiezione to co ? Jeżeli ktoś kupi obraz i powiesi w domu na ścianie to dostępność do niego "szerokich mas" jest równa tej, gdyby obraz wyjechał do Australii. Będzie równie dostępny dla mnie, przeciętnego konsumenta kultury, czy będzie w Sydney czy w Nowym Sączu na ścianie w prywatnym domu.
To już lepiej od razu znacjonalizować dzieła sztuki, zakazać handlu i zarekwirować . To akurat będzie pasować do zakazu wywozu. Problem się rozwiąże.
Właśnie słyszę w radiu, jak w Gdańsku stoi na cle kontener z rytami archeologicznymi uratowany z Sudanu (gdzie zapewne te płyty z rysunkami służyłyby wkrótce jako tarcza strzelnicza). Problem się pojawił - od jakiej podstawy naliczyć  7% vatu, bo archeologowie deklarują, że wartość jest bezcenna.
 
Z jednej strony nasze prawo chroni by nie wywieźć, a z drugiej zniechęca żeby przywieźć. Przywóz dzieł sztuki spoza EU obciążony jest VAT-em 7%. I to jeszcze o ile na granicy uznany zostanie za "dzieło ręcznie malowane" , bo inaczej mogą naliczyć nawet 22%.
To dopiero jest zachęta by sprowadzać dzieła sztuki do wyjałowionej Polski. 








15:21, kole_kcjoner , Wydarzenia
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8

statystyki www stat24